Benfield Group szacuje, że europejskie firmy ubezpieczeniowe będą musiały wypłacić w Czechach odszkodowania sięgające 600 mln euro. Jest to znacznie więcej niż podczas poprzedniej powodzi, która nawiedziła naszych południowych sąsiadów (podobnie jak i Polskę) w 1997 r. Ówczesne doświadczenia skłoniły bowiem Czechów do wykupywania większej liczby ubezpieczeń. W 1997 r. tylko 16% strat poniesionych w wyniku powodzi było ubezpieczonych, teraz odsetek ten sięgnie kilkudziesięciu procent.

Powodzie w środkowej i wschodniej Europie doprowadziły już do śmierci co najmniej 80 osób i spowodowały ogromne zniszczenia w infrastrukturze. Według szacunków Benfield Group, gospodarkę czeską będą one kosztować prawie 2 mld euro. Inni prognozują jednak, że kwota ta może być znacznie wyższa. Na przykład Radek Maly, analityk praskiego Citibanku, ocenia, że powódź będzie kosztować Czechów ponad 3 mld USD.

Pavel Mertlik, były minister finansów, pracujący obecnie w Raiffeisenbanku, napisał w specjalnym raporcie, iż klęska żywiołowa spowoduje w III kwartale br. obniżenie czeskiego PKB o 0,5-1 pkt. proc., a w całym 2002 r. będzie on niższy o ok. 0,3 pkt. proc.

Komisja budżetowa czeskiego parlamentu miała zebrać się wczoraj, by przedyskutować sprawę funduszy, które mają zostać przeznaczone na pomoc dla powodzian i odbudowę zniszczonej infrastruktury. Pomoc zaoferowała Unia Europejska, której członkiem Czechy powinny stać się już w 2004 r. Szef Komisji Europejskiej Romano Prodi, który wybrał się do zniszczonej Pragi, już zaoferował pomoc w wysokości 2 mld koron.

Tymczasem Czesi nie zamierzają poprzestać tylko na odbudowie zniszczeń. Zamierzają zainwestować do 2005 r. 4 mld koron (125 mln euro) w budowę specjalnych zabezpieczeń przeciwpowodziowych, które w przyszłości mają uchronić ten kraj przed podobnymi kataklizmami, jak tegoroczny. Środki na ten cel mają pochodzić z budżetu oraz z pożyczek udzielonych przez Europejski Bank Inwestycyjny.