Poprzedni poniedziałek wymęczył inwestorów rekordowym marazmem i nie inaczej było wczoraj. Ekstremalne punkty sesji ustanowione zostały w odległości zaledwie 7 pkt. od piątkowego zamknięcia. Obroty także były mizerne, choć to zbyt delikatne słowo, jeśli chodzi o popołudniową część sesji. Mało kto już wtedy handlował, a zarówno indeks, jak i kontrakty wyrysowały na wykresach prawie poziome linie.
Nie widać na horyzoncie wydarzeń, które mogłyby wyrwać GPW z uśpienia. Większość polskich i światowych spółek podała już wyniki i poza jakimiś nieprzewidywalnymi skandalami zaskoczyć może jeszcze tylko rekordowa strata Deutsche Telekom (wyniki dopiero w środę). Kalendarz danych makroekonomicznych też w tym tygodniu jest wyjątkowo ubogi. Wprawdzie wczoraj dostaliśmy wartość inflacji w lipcu i amerykańskich wskaźnikach wyprzedzających koniunkturę, ale nie są to informacje, które ustaliłyby jakiś dłuższy trend. Ostatnią nadzieją na rozruszanie rynku pozostaje publikowana dzisiaj dynamika produkcji przemysłowej, choć tutaj tak naprawdę ciężko w tej chwili powiedzieć z jakich danych rynek bardziej się ucieszy. Kolejne dobre dane dadzą już małe stadko jaskółek ożywienia, natomiast rozczarowanie natychmiast rozpocznie presję na obniżkę stóp, która też zwykle akcjom pomaga.
Trudno prognozować jakiś ruch na takim rynku, wiedząc jeszcze przy tym, że nie będziemy kontynuować wzrostu bez przejścia oporów na zachodnich indeksach. Patrząc analogicznie na podobne sytuacje, mimo wszystko można uznać brak ważnych wydarzeń za dobrą okazję do podniesienia rynku. Fundusze często korzystały "z braku zagrożeń" do poprawienia wycen portfeli. Łamany kołem wybrałbym właśnie długie pozycje, choć akurat na najbliższe dni nieco większą wartość ma szczęście niż dobra analiza.