Pan minister Grzegorz "Tygrys" Kołodko od dawna jest znany ze swojego sprytu. Do legendy już przeszło, jak za swojego poprzedniego ministrowania pomnażał dochody państwa, nie doszacowując zwykle inflacji. Powodowało to, że do budżetu wpływało nieco więcej, niż zaplanowano, dzięki czemu starczyło i na różne ekstra wydatki, i deficyt budżetowy był zwykle mniejszy od założonego. Spryt pana ministra widać także w ogłoszonym niedawno programie antykryzysowym. Jestem pewien, że minister Kołodko nie oczekuje, że wszystkie przedsiębiorstwa, które np. zostaną oddłużone, przy okazji się zrestrukturyzują i od tej pory będą świetnie zarządzanymi i zyskownymi firmami. Musiałby być bardzo naiwny i na dodatek cierpieć na krótką pamięć, bo przeprowadzane również za jego poprzednich rządów operacje oddłużeniowe niczego nie załatwiły. Jednak - i to pan minister świetnie wie - dają jeden niezaprzeczalny efekt - kilka, kilkanaście miesięcy czasu, a wtedy na horyzoncie będzie już widoczne ożywienie gospodarcze.
Ostatnio - mam wrażenie - spryt pana ministra zawiódł. Bo postanowił zmienić i unowocześnić ustawę upadłościową, dzięki czemu bankructwo umożliwi szybkie powstawanie nowych firm, które przejmą i majątek, i pracowników upadłych spółek. Cel szczytny, jednak nie jestem pewien, czy da się go zrealizować.
Minister wszedł na bardzo grząski grunt tzw. wymiaru sprawiedliwości. Przyspieszenie spraw o upadłość oznacza bowiem konieczność zwiększenia zatrudnienia w sądownictwie i zwiększenia profesjonalizmu sędziów, żeby byli w stanie błyskawicznie podejmować trafne decyzje. A to - obawiam się - będzie jednym z kamyczków, które poruszą lawinę. Bo jeśli upadłości zaczną się mnożyć, w końcu jacyś wierzyciele, dostawcy, pracownicy czy udziałowcy firmy nie wytrzymają i zaczną żądać odszkodowań od kiepskich zarządów, co kompletnie już zatka wydziały cywilne. Na dodatek trzeba przyspieszyć procedury egzekucji długów i tak dalej, i tak dalej.
Dlaczego nie jestem pewien, czy uda się przeforsować potrzebne zmiany? Nie chodzi o pieniądze, bo tak naprawdę nie byłby to wielki kłopot - nawet kilkaset milionów złotych dałoby się wyrwać z budżetu, gdyby tylko tego chcieć.
Kompleksowa reforma sądownictwa i jego otoczenia oznacza konieczność zmierzenia się z przywilejami zawodowymi prawników. A walka z prawnikami to nie byle co - zwłaszcza że trzeba ją toczyć z ich pomocą, gdyż w końcu to oni piszą ustawy (a zaraz potem komentarze do nich). O tym, że jest to zadanie niełatwe, świadczy fakt, że na próbach wprowadzenia niewielkich chociaż zmian poległ niejeden minister. A takich, którzy z takiej wyprawy wrócili z tarczą, nie ma.