Jeszcze pod koniec zeszłego roku, po serii jedenastu redukcji stóp procentowych, dokonanych przez Fed, można było sądzić, że stymulacja monetarna przyniesie pozytywne skutki na większości rynków kapitałowych świata. Mimo że akcje spółek tworzących indeks Standard&Poors 500 były notowane przy poziomie wskaźnika P/E 40,3 (najwyższy poziom od zakończenia II wojny światowej). Na początku lipca tego roku, przełamanie przez wyżej wymieniony indeks poziomu linii szyi misternie tworzonej przez 55 miesięcy formacji głowy i ramion, zdecydowanie pogorszyło jednak długoterminowe perspektywy globalnych rynków akcji, w tym również giełdy w Warszawie.
W tej sytuacji przebicie przez WIG20 poziomu 1000 pkt. wydaje się kwestią najbliższych tygodni. Warto zauważyć, że szczególnie złowrogo z punktu widzenia byków wygląda niemiecki DAX, będący bardzo blisko osiągnięcia kilkuletniego minimum. Z uwagi na silne powiązania gospodarcze Polski i Niemiec nie wydaje się, abyśmy zdołali uchronić się przed dalszą wyprzedażą akcji. Niewiele tu zmienia podwyższenie prognozy przyszłorocznego wzrostu gospodarczego przez niektóre ośrodki analityczne, uzasadnianego między innymi lepszymi od oczekiwanych danymi na temat produkcji przemysłowej i nakładów inwestycyjnych. Warto ponadto zauważyć, że trwająca poprawa sytuacji w handlu zagranicznym nie musi mieć w danym roku pozytywnego wpływu na koniunturę giełdową, zważywszy że w dotychczasowej historii GPW latami hossy były raczej te, w których import rósł szybciej niż eksport. Wydaje się po prostu, że uczestnicy krajowego rynku akcji są bardziej chętni do kupowania papierów, gdy dostrzegają możliwość zwiększenia akcji kredytowej, co z reguły powiększa deficyt w handlu zagranicznym, stanowiąc jednak wymowny sygnał ożywienia gospodarczego. Z tego typu tendencjami nie mamy jednak obecnie do czynienia.