Minister skarbu Wiesław Kaczmarek wielokrotnie zapewniał, że nie zamierza sprzedawać państwowych firm tylko po to, by łatać budżetowe dziury. Wyjaśniał, że najważniejsze jest dobro prywatyzowanych przedsiębiorstw i całej gospodarki. Wszystko wskazuje na to, że zmienił zdanie.
Wpływy z prywatyzacji miały sięgać ponad 6 mld zł rocznie. W tym roku planu nie uda się wykonać - to prawie pewne. Część transakcji zostanie sfinalizowana w roku przyszłym, powiększając zakładane na 2003 r. wpływy ze sprzedaży państwowego majątku. Okazuje się jednak, że obecnie MSP szacuje je na 10 mld zł. I nie ukrywa, że to wynik prac nad przyszłorocznym budżetem. Prywatyzacja ma być lekarstwem na narastanie długu publicznego.
Dług sam w sobie nie jest zły. Przykładem moi koledzy, którzy licznie skorzystali z kredytów hipotecznych i dzięki temu mają własne "M". Zamiast nabijać kabzę wynajmującym lokale, płacą bankowi, ale płacą "za swoje". I nie muszą się troszczyć o dach nad głową. Skarb Państwa zadłuża się mało roztropnie, a ściślej: mało roztropnie wydaje pożyczone pieniądze. Mimo że dług publiczny jest ogromny, jakoś państwo nie znalazło środków, by zainwestować we własne "M". Infrastruktura jest w opłakanym stanie i na poprawę się nie zanosi, a jeśli, to - jak wymyślił minister Pol - dzięki nowym podatkom, choć dotychczasowe są już i tak wysokie. Innymi słowy: państwo przejada pożyczane pieniądze. To, zwłaszcza u nas, nic nowego. Skoro jednak nie ma mowy o oszczędzaniu i inwestowaniu, musi pożyczać coraz więcej, bo jego potrzeby nie słabną - wręcz przeciwnie. Kontrola lub cięcie wydatków? Nic podobnego. Nie w roku wyborów. A że ciągle są jakieś wybory, jak nie do Sejmu, to do sejmiku? To będzie się bić na alarm dopiero, jak się je przegra. Niech się następcy martwią.
W tej sytuacji myśl o tym, by zadłużać się - a dług przecież kosztuje - jeśli nie roztropniej, to przynajmniej wolniej, wydaje się słuszna. Tylko że wcale nie oznacza to, że państwo chce wydawać mniej. W czasach, kiedy firmy tną koszty, aby uchronić się przed upadkiem, kiedy załogi wielu przedsiębiorstw godzą się na redukcje płac, aby umożliwić pracodawcy przetrwanie na rynku, państwo szczodrze godzi się na wyższy niż wskazywałaby zakładana przezeń inflacja, wzrost płac w budżetówce. No a jak obiecało, to musi znaleźć pieniądze. Dla świętego spokoju. Skoro rozkręcanie pożyczkowej spirali staje się coraz bardziej niebezpieczne, sięga się po wpływy z prywatyzacji, bo jeszcze jest co sprzedawać. Jeszcze jest, choć wiele rodowych sreber poszło już pod młotek, a ponieważ wszystkim zależało na czasie - niektóre zostały sprzedane za bezcen.
Żeby było jasne - jestem za prywatyzacją i zgadzam się, że z reguły prywatny właściciel lepiej pilnuje swoich interesów niż państwo. I do maksimum ograniczyłbym partyjne latyfundia w państwowych przedsiębiorstwach. Problem w tym, po co się sprzedaje państwowy majątek i w jaki sposób się to robi. Jeśli na chybcika, aby zdobyć parę groszy na załatanie kolejnej budżetowej dziury, to prywatyzacja przestaje być lekiem na cokolwiek. Sama w sobie staje się raczej chorym procesem.