Polska, oglądana z pewnego dystansu, musi robić wrażenie kraju, który postawił na rolnictwo, jako swoją narodową szansę w XXI wieku. Dopłaty bezpośrednie, kwoty i wymogi produkcyjne oraz plony referencyjne stanowią najbardziej burzliwy wątek naszych negocjacji z Unią Europejską. Jakie przekazy z Polski dotarły na Zachód? Samoobrona wysypuje importowane ziarno na tory. Liga Polskich Rodzin gwiżdże na komisarza Fischlera w Sejmie. PSL powoduje kryzys rządowy z powodu odblokowania handlu rolno--spożywczego z Węgrami. Kwestia rolna dodaje kolorów i temperatury naszym debatom publicznym.
Rolnictwo - konsumujące 49% budżetu Unii Europejskiej - jest specyficznym problemem całego Starego Kontynentu. Problemem niewspółmiernym do swej gospodarczej wagi, mierzonej kilkuprocentowym udziałem w zatrudnieniu i wytwarzaniu PKB. Polska może liczyć na lobby rolne, przede wszystkim na Francję, w staraniach o podtrzymanie kosztownego systemu CAP (Common Agral Policy - Wspólna Polityka Rolna - przyp. red.). Postulat reformy CAP, a zwłaszcza równania do światowych cen na produkty rolne, brzmi prowokacyjnie w Europie. Wśród kandydatów do członkostwa jest jeden kraj - mianowicie Rumunia - który jest jeszcze bardziej rolniczy od nas, mając ponad 30% zatrudnienia na wsi. Ale tylko Polska wykazuje rażącą dysproporcję między procentem zatrudnionych (26% ogółu) a udziałem produkcji rolnej w PKB (6-7%). Zatem demografia, a nie ekonomia, decyduje o politycznej randze rolnictwa. Masowy elektorat przesądza o tym, że panuje tłok wśród politycznych obrońców tych, którzy "żywią i bronią". Samoobrona konkuruje z PSL-em, i to jest podłoże demonstracji z wysypywaniem ziarna. Liga Polskich Rodzin sprzeciwia się Unii Europejskiej i dlatego atakuje emisariuszy Brukseli. Z kolei, wyborczy interes pcha PSL do konfrontacji z SLD z powodu umowy handlowej z Węgrami. Tu zresztą uwidocznia się jak na dłoni konflikt interesów lobby rolnego z interesami ogółu. Na zdrowy rozum, zniesienie tzw. plafonów na węgierski eksport pszenicy czy drobiu nie zagraża naszym producentom, skoro i tak owe limity były wykorzystywane w znikomym stopniu (dotąd wykorzystano 5% tegorocznego limitu pszenicy i 2,1% drobiu!). Natomiast korzyść polskich eksporterów słodyczy, dotkniętych węgierskimi restrykcjami, wydaje się bezsporna. Inicjatywa resortu gospodarki - zakończenia wojny handlowej z Węgrami - broni się w świetle rachunku domniemanych strat i realnych korzyści.
Niestety, rachuba polityczna podpowiada awanturę. Niestety, coraz częściej polityka rozmija się z gospodarczym zdrowym rozsądkiem.