Akcje Credit Suisse są w tym roku w najgorszej sytuacji spośród wszystkich papierów bankowych, wchodzących w skład europejskiego indeksu. Akcjonariusze Allianza znaleźli się wśród tych posiadaczy walorów spółek ubezpieczeniowych, którzy ponieśli w tym roku największe straty. I nie jest to zbieg okoliczności. Połączenie obu tych branż w jednej spółce spowodowało większe spadki kursów akcji i większe straty, co w przypadku Credit Suisse skończyło się zwolnieniem z pracy prezesa.
Lukas Muehlemann odejdzie z końcem roku, bo to jego strategia dywersyfikacji oparta na akwizycjach doprowadziła do strat w kwocie 894 mln USD w minionych czterech kwartałach. Szef Allianza Henning Schulte-Noelle, na razie zostaje na stanowisku, ale, zdaniem analityków, akcje spółki są już tak tanie, że staje się ona celem przejęcia.
Gdy zarządy obu tych spółek podejmowały decyzję o poszerzeniu działalności o inne branże, wydawało się, że to dobry pomysł. Łączono bowiem bankowość, której rentowność rośnie lub spada razem z całą gospodarką, oraz ubezpieczenia, z natury swej bardziej odporne na ową cykliczność. A poza tym agenci ubezpieczeniowi mogli oferować kredyty, a w oddziałach banków sprzedawano polisy. Liczono więc na efekt synergii.
I wszystko byłoby pewnie w porządku, gdyby nie trwająca już 2,5 roku giełdowa bessa, powodująca straty z inwestycji kapitałowych i fatalne wyniki towarzystw ubezpieczeniowych, spowodowane ubiegłorocznymi atakami terrorystów na USA i tegoroczną powodzią w Europie.
Tylko w tym kwartale z łącznej wartości rynkowej czołowych europejskich towarzystw ubezpieczeniowych zniknęło już ponad 170 mld euro, gdyż niemal ciągłe spadki na giełdach zmniejszają wartość należących do nich papierów. Europejscy ubezpieczyciele niemal 30% aktywów zainwestowali w akcje. W Stanach Zjednoczonych proporcja ta nie przekracza 4%.