Patrząc na nasz rynek można odnieść wrażenie, że duzi gracze, którzy przez ostatnie tygodnie kładą mocny popyt albo nie wiedzą dokładnie, w co się angażują, albo przy wcześniejszych bardzo dużych obrotach zdążyli tak znacząco napełnić portfele, teraz zrobią wszystko, by wybronić ostatnie dołki, niezależnie od sytuacji na światowych parkietach.
Patrząc kątem oka na rynki czeski i węgierski, niektórzy snują domysły, że siła naszego rynku wynika ze zbliżającego się przyjęcia Polski do UE, jednak nie trzeba sięgać daleko pamięcią, by okazało się, że podobnych koncepcji było już kilka w okresie ostatnich lat, od ostatniego majowego trzymania rynku począwszy. Wszystkie kończyły się zasłużoną przeceną, która dynamicznie i dramatycznie nadrabiała zaległości.
Szkoda tylko, że nikt nie potrafi sensownie wytłumaczyć, dlaczego tak pozytywnie wizja UE ma wpływać na giełdowe indeksy. No, chyba że wyjdziemy z karkołomnego założenia, że skoro zachodnie parkiety są ostatnio tak bezlitośnie masakrowane przez niedźwiedzie, to do czasu wstąpienia do tego zacnego grona możemy beztrosko rosnąć.
Ewentualne korzyści lub rozczarowanie zobaczymy jednak dopiero w dłuższym terminie, a na kontraktach większość żyje z dnia na dzień, więc warto zerknąć na wykres, gdzie wczoraj po raz drugi obroniony został dołek na 1025 pkt. Mocny punkt dla byków. Moim zdaniem, powinien być przynajmniej jeszcze raz testowany, a jego ewentualne przebicie nie będzie zaskoczeniem. Jednak jeśli indeksy amerykańskie dalej realizować będą zasięg spadku po ostatnich RGR, a my nawet nie naruszymy tego poziomu, trzeba chyba będzie założyć klapki na oczy i stać się "konwergencyjnym bykiem", choć świadom jestem, że prędzej czy później przyjdzie rynkowi boleśnie zapłacić za tę naiwność.