Czy dużym, państwowym firmom potrzebny jest taki parasol ochronny, jak ustawa o pomocy dla przedsiębiorców o szczególnym znaczeniu dla rynku pracy?
Po pierwsze, tej ustawy nie można rozpatrywać w oderwaniu od innych aktów prawnych, które składają się na cały system. Oprócz niej wchodzą do niego jeszcze przepisy o umorzeniu niektórych należności publicznoprawnych i prawo upadłościowe. Po drugie, w transformacji gospodarki musimy pokonać kolejny schodek, jakim jest dostosowanie naszego systemu do warunków obowiązujących w Unii Europejskiej. Mamy do wyboru albo stworzyć taki instrument, który umożliwi naszym firmom skuteczne konkurowanie na wspólnym europejskim rynku, albo zgodzić się na falę bankructw zaraz po przystąpieniu do Unii.
Mówi Pan o drugim schodku. A który był pierwszy?
Pierwszym było przeprowadzenie prywatyzacji gospodarki. Realizacja tego planu też została poprzedzona restrukturyzacją finansową banków i przedsiębiorstw. Po terapii szokowej z początku lat 90., której zadaniem było urealnienie wartości polskich firm, w bankach powstał problem złych kredytów, a skala zadłużenia sektora przedsiębiorstw okazała się gigantyczna. Przy priorytecie, jakim była prywatyzacja, mieliśmy do wyboru: albo godzić się na jej słabe wyniki sprzedając faktycznych bankrutów, albo zdecydować się na jednorazowe rozwiązanie, polegające na oddłużeniu. Wybraliśmy to drugie wyjście. Efektem była m.in. udana prywatyzacja sektora bankowego, na której państwo zarobiło sporo pieniędzy i głęboka restrukturyzacja większości przedsiębiorstw. Znaczna część gospodarki jest już prywatna. W 1990 r. było 11 tys. firm państwowych, dziś jest ich ok. 1300. W ciągu ostatnich 10 lat struktura gospodarki została skutecznie przebudowana.
Nie na tyle, żeby znów nie wracać do idei oddłużania dużych firm.