Na bardzo ciepłych wyspach, obok bardzo gorących kobiet, wypoczywa dwóch byłych prezesów. Sączą drinki. Słoneczko grzeje. Snują kombatanckie wspomnienia o tym, jak działali.
- Normalnie. Księgowa podpisała, ja do kasy, forsa w torbę. Bilet na samolot już miałem i fru - opowiada jeden.
Na to drugi się zdenerwował i zerwał z leżaka: - Kurde, to ty zwykły złodziej jesteś. Ja to kreatywny byłem - rzucił z dumą na odchodne. Jeszcze tego samego dnia hotel zmienił. - Ze złodziejem pod jednym dachem mieszkać nie będę - tłumaczył swojej "oczytanej" blond przyjaciółce. - Honor trzeba mieć.
Honor - piękne słowo, ale stare i zużyte. W starych (podobno dobrych) czasach każdy go miał: polityk, piekarz, aptekarz, kupiec, złodziej. Jak ktoś mu plamę na nim uczynił, to pistolety szły w ruch. Jak sam honorowo nie mógł postąpić, to wolał stryczek sobie ukręcić, niż z taką twarzą na ulicę wyjść. Takie to były czasy. Złodziej mienia sąsiada swego nie pożądał. Na płeć słabszą nie napadał. Łomem w łeb nie walił "frajera" dla trzech złotych. A kasiarz to był gość. Miał talent w rękach i prestiż.
No, dość wspomnień. Honorowi rycerze i styropianowcy poszli do muzeum. Zamiast honorowych przestępców, mamy buraków w ortalionach i BMW. No i mamy biznesmenów, którzy dla większości społeczeństwa są bezkarnymi przekrętasami. Jak każde uogólnienie, i to dla wielu jest krzywdzące. Z drugiej strony - w każdej plotce jest odrobina prawdy. I ludowi ta odrobina wystarcza, żeby głosować na najmocniej opalonego polskiego chłopa, który krzyczy, że czas skończyć ze złodziejami.