Ponad 10 tygodni funkcjonowania powołanego przez prezydenta specjalnego zespołu ds. zwalczania korporacyjnej przestępczości zaowocowało wszczęciem ponad 100 postępowań i postawieniem w stan oskarżenia 150 osób. Z tej grupy 45 osób zostało już skazanych bądź przyznało się do winy na podstawie ugody zawartej z prokuratorami.

Wystąpienie prezydenta odebrano jako przedwyborczą zagrywkę polityczną. Podczas rozpoczętej kampanii wyborczej demokraci zaczęli atakować administrację, obciążając ją odpowiedzialnością za obecne kłopoty gospodarcze USA. Bush za wszelką cenę usiłuje przekonać opinię publiczną o swojej stanowczości wobec korporacyjnych oszustów. Skandale związane z takimi spółkami, jak Enron, WorldCom, Adelphia czy ImClone przyczyniły się do spadku głównych indeksów na Wall Street i obniżenia wskaźników zaufania konsumentów. Prezydent także chce przypomnieć wyborcom, że republikanie nie myślą wyłącznie o wojnie z Irakiem, ale przywiązują także dużą wagę do sytuacji gospodarczej.

W podobnym kontekście należy także widzieć zapowiedź przewodniczącego komisji papierów wartościowych i giełd (SEC) Harveya Pitta wprowadzenia nowych drastycznych przepisów, dotyczących oddzielenia działów analitycznych wielkich domów maklerskich od części bankowo-inwestycyjnej. Obostrzenia mają objąć także dyrektorów wielkich spółek zmuszonych do ujawniania, jakie akcje otrzymują w ramach ofert pierwotnych prowadzonych przez banki inwestycyjne, których ich firmy są klientami. Pitt chce także doprowadzić do ugody, która umożliwiłaby inwestorom odzyskanie części pieniędzy straconych w wyniku konfliktu interesów analityków. Pojawienie się tych zapowiedzi na kilka tygodni przed wyborami ma także swój polityczny kontekst.

Stawką w najbliższych wyborach w USA będzie wszystkie 435 miejsc w Izbie Reprezentantów oraz 1/3 składu 100-osobowego Senatu. Mogą one zmienić zasadniczo układ sił politycznych na najbliższe dwa lata. W tej chwili republikanie mają niewielką przewagę w izbie niższej, a demokraci - w izbie wyższej Kongresu.