Od ponad dwóch tygodni na kontraktach nie było tak niskich obrotów. Trudno się temu dziwić, skoro rozpiętość nie przekracza 14 pkt., a w cenach zamknięcia znaleźliśmy się ponownie na poziomie sprzed dwóch tygodni. Wprawdzie na początku sesji inwestorzy ruszyli do wyprzedaży, przestraszeni ostrzeżeniami amerykańskich spółek, ale bliskość wielokrotnie testowanego dołka (1025 pkt.) skutecznie zahamowała zapędy niedźwiedzi już 13 pkt. przed tym poziomem. Zostaliśmy więc w horyzoncie i ciężko określić kierunek przyszłego wybicia.
Główny problem to brak korelacji naszego rynku z giełdami zachodnimi. Oczywiście można na to nie zwracać uwagi i grać tylko na podstawie sygnałów technicznych, ale po kilkutygodniowej konsolidacji wskaźniki nie dają wiarygodnych sygnałów, a analiza trendu poza oczywistym trwaniem bessy może jedynie pomóc w określeniu ram horyzontu. W takich właśnie sytuacjach nasz rynek bardzo często kierował uwagę ku zachodowi. Teraz mocno się przed tym wzbrania, co widać choćby po tegorocznych wynikach głównych indeksów. Niemiecki Dax od początku roku spadł ponad 40%, z czego większość w ostatnich 3 miesiącach. Amerykański szeroki rynek S&P500 stracił na wartości 25%, a król spekulacji Nasdaq ponad 36%. "Mizernie" na tym tle wygląda spadek rodzimej giełdy o nieco ponad 11%.
"Konwergencyjne byki" porównałyby nas oczywiście do indeksu giełdy węgierskiej (na zero) lub czeskiej (dwucyfrowy wzrost) i faktycznie trudno negować fakt siły całego naszego regionu. Ale jeśli największe giełdy świata po zakończeniu odbicia "zdechłego kota" wrócą do głównego trendu, wtedy perspektywa wejścia do UE może nie wystarczyć do podtrzymania naszego rynku, a zaległości jak widać zrobiły się już całkiem spore.