Zbliża się końcówka negocjacji z Unią Europejską i zaczyna być nerwowo. Między październikiem a grudniem 2002 r. zapadną rozstrzygnięcia dotyczące budżetu i rolnictwa oraz ostateczne decyzje co do rozszerzenia Unii. Potoczyło się inaczej, niż doradzali nam uczestnicy poprzedniej rundy rozszerzenia - Hiszpanie i Portugalczycy. Przyjechali onegdaj do Warszawy z jedną poradą: brać najtrudniejsze rzeczy na początek, by na koniec nie stanąć pod ścianą, jak oni. No i właśnie stoimy pod ścianą. Dla Brukseli, czyli silniejszego, wygodne było zwlekanie do ostatniej chwili. Kwestie rolne czekały na wybory we Francji, a kwestie budżetu (w tym dopłaty bezpośrednie dla rolników) na wybory w Niemczech. W efekcie, kraje kandydackie nie będą miały realnej swobody manewru.
Polska ma dodatkowy kłopot z hutnictwem. Przed wyborami samorządowymi trudno jest się zmierzyć z redukcją zatrudnienia i przesądzić los Huty Częstochowa oraz Huty Łaziska. Twarda walka naszych negocjatorów na odcinku hutnictwa ujawnia pewną cechę polskiego stanowiska w rozgrywce z Brukselą. Otóż, jesteśmy "twardzielami" w kwestiach prestiżowych, o dużym ładunku politycznym - na przykład, zakup ziemi i restrukturyzacja hutnictwa - przy jednoczesnym "odpuszczaniu" rozmaitych kwestii istotnych dla prowadzenia prywatnego biznesu. Tu często wychodzimy przed szereg i przyjmujemy zobowiązania, których nie przestrzega wiele krajów członkowskich Unii. VAT w budownictwie, transport drogowy, odpady i odzyskiwanie opakowań, pomoc publiczna, zwalczanie nieuczciwej konkurencji, normy fitosanitarne w przetwórstwie rolnym, to są przykłady owej nadgorliwości. Dodam ostatnie dzieło Sejmu: represyjna ustawa o odpowiedzialności karnej osób prawnych. Pociąga to za sobą koszty albo zwiększenie uprawnień nadzoru i kontroli. Na pewno nie buduje dobrego klimatu biznesowego w kraju.
Antybiznesowy "przechył" naszych negocjacji oraz pospieszny import unijnego przeregulowania odzwierciedla słabość organizacji pracodawców. Tradycyjnie lepiej bronione są interesy dużych skupisk robotniczych, nie mówiąc już o politycznej nadreprezentacji chłopstwa. W efekcie, przyszłość Huty Łaziska jest w negocjacjach ważniejsza, aniżeli warunki międzynarodowego transportu drogowego, chociaż mają one znaczenie dla 240 000 osób w Polsce. Taka jest skala zatrudnienia w prywatnym transporcie drogowym. Fabryka Ursus ma dziś mniejszą siłę protestu, aniżeli solidarna akcja tysięcy stołecznych taksówkarzy, którym zafundowano kasy fiskalne i winiety. To jest obecnie największy pracodawca w Warszawie! Oprócz, oczywiście, centralnej administracji, która powinna dostrzec owe przeobrażenia rynku pracy i wyciągnąć polityczne wnioski...