W Polsce o konsensus jest trudno, szczególnie gdy sprawy dotyczą styku polityki i gospodarki. Ilu jest dyskutantów, tyle jest opinii i teorii (za i przeciw, a nawet przeciw i za). Jednak w kwestii "zapaści ekonomicznej" wydaje się panować nad Wisłą osobliwa zgoda: jest źle, będzie gorzej i nic na to nie poradzimy. Pesymizm jest tak daleko posunięty, że dla wielu obserwatorów z zewnątrz wydaje się podejrzliwie emocjonalny. Proponuję więc, aby dla zachowania równowagi intelektualnej cofnąć się dwa kroki do tyłu i spojrzeć na nasze realia z troszkę innej perspektywy. Zastrzegam, że nie chodzi mi o negowanie faktów czy odbieranie argumentów wszystkim tym, którzy widzą w Polsce mrok, mrok i tylko mrok. Mój cel jest o wiele bardziej skromny: chcę pokazać, że mrok może być o wiele jaśniejszy, niż się wielu wydaje, a nawet gdy jest ciemny, to ma swoje jasne strony - oczywiście, słabo zauważalne.

Zacznijmy od tego, że Polska recesja (używam tego sformułowania, chociaż technicznie gospodarka w niej nie jest - to tylko skrót myślowy) nie jest unikalna w skali regionu. Na Węgrzech siła nabywcza dochodów gospodarstw domowych spadła o ok. 15% w latach 1993-1995, w Czechach dochód narodowy stracił 3,4% w 1997-1999, głęboką recesję przeszła Rosja właściwie w całym okresie 1991-1998 r. (kumulatywne załamanie PKB o ok. 40%) itp. Praktycznie rzecz biorąc, Polska stanowiła w ostatniej dekadzie XX wieku oazę gospodarczej prosperity w morzu nietrafionych reform, kryzysów walutowych i błędów polityki ekonomicznej Europy Środkowowschodniej. Był to tak jaskrawy wyjątek od reguły, że niektórzy analitycy zaczęli się zastanawiać, kiedy "przyjdzie kolej na Polskę", tzn. kiedy recesja zapanuje i u nas.

Ale nie o tym chcę pisać (nie staniemy się bogatsi chełpiąc się wątpliwym Schadenfreude). Ciekawszym dla nas wszystkich zagadnieniem jest reguła "szczęścia w nieszczęściu". Chude lata, które teraz nastały, są pewnego rodzaju katharsis po okresie wzrostu przerastającego potencjał. Przemiany, które się dokonują w zarządzaniu firm, wyzwalane oszczędności czy zwiększona etyka pracy przyczynią się do większej konkurencyjności polskich spółek w przyszłości. Krajowy biznes, zmagając się z recesją dzisiaj, kładzie podwaliny pod swój sukces jutro.

Co mam na myśli? Spójrzmy na pięć zjawisk, które rodzą nadzieje na przyszłość. (1) Ukryte rezerwy. Pracodawcy są naturalnie zmuszeni lepiej wykorzystywać istniejące zasoby kapitału i pracy. Marnotrawstwo może "uchodzić bokiem" w czasach prosperity, ale jest niedopuszczalne, gdy liczy się każdą złotówkę. (2) Wydajność pracy. Gdy zmniejszenie zatrudnienia jest jednak nieodzowne, wyższe uzbrojenie pracy w kapitał podniesie wydajność pracy, gdy powróci wyższy popyt. Zwykle w początkowym okresie ekspansji produkcja zwiększa się bez wzrostu roboczogodzin, a więc rośnie konkurencyjność - te zjawiska znalazły potwierdzenie na Węgrzech i w Czechach. (3) Skłonność do oszczędzania. W okresie recesji zwykle spada udział oszczędności w dochodzie, ale gdy tylko dochód zaczyna znowu rosnąć, przyrost oszczędności jest ponadproporcjonalny. Nauczeni gorzkim doświadczeniem konsumenci są bowiem przezorni przez co najmniej kolejny rok, dwa. W przypadku Polski może to mieć kapitalne znaczenie, gdyż gospodarka będzie wymagała dużych nakładów kapitałowych, a źródła ich finansowania są tradycyjnie wąskie. (4). Jakość pracy. Recesja wzmaga poszanowanie pracy i wydłuża średni staż w danym miejscu pracy. Zmniejsza to koszty najmu nowych ludzi dla pracodawcy, związane z tym szkolenia itp. (5) Deflacja. Spadek dynamiki cen, wywołany luką popytową, (deflacja) już w Polsce występuje. Ewidentne jej korzyści to zmniejszenie oczekiwań inflacyjnych, niższe koszty kredytu, lepsze porównania wartości nominalnych i realnych itp.Jeśli nadal mamy jednak ochotę narzekać, przyznajmy przynajmniej te racje ekonomistom...