Dziecięciem będąc, wystawałem na szkolnych apelach. Zawsze 1. września pani dyrektor objawiała nam, że mamy szczęście uczestniczyć w doniosłych przemianach. Władze oświatowe z myślą "o naszej przyszłości" zmieniały program nauczania częściej niż wystrój w klasach. To, czego się uczyliśmy, miało odpowiadać błyskawicznym zmianom otaczającego nas świata. Aż nastał rok 1989, który podobno wiele zmienił. Fakt, od tego czasu nie było już 1. września apeli, tylko uroczyste otwarcia roku szkolnego. Ja nie byłem już dziecięciem, ale pryszczatym nastolatkiem, który od dyrektora liceum wysłuchiwał, że "z myślą o naszej przyszłości" zmienia się program nauczania. W końcu trzeba było odkręcić wszystko, co zmienili poprzednicy. Na całe szczęście w tamtych czasach nie było jeszcze takiego nacisku na poprawność polityczną. Gdyby i ten element oświatowi urzędnicy uwzględnili przy reformach podstaw nauczania, to mentlik przemieniłby się w chaos totalny i nie wiem, czy ktokolwiek z mojego pokolenia ukończyłby szkołę.
Co się odwlecze, to nie uciecze. W Warszawie pod przywództwem Izabelli Jarugi-Nowackiej, pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, spotkały się panie, które uznały, że trzeba zmienić podręczniki szkolne. Te, które teraz uczniowie dźwigają w tornistrach, są be, bo "powielają tradycyjny obraz ról kobiet i mężczyzn w rodzinach". Dzieciak z elementarza dowie się, że mama albo nie pracuje, albo pracuje, tylko nie wiadomo gdzie, bo to nieistotne. Tata wykonuje poszanowania godne prace - jest lekarzem, inżynierem. Po powrocie do domu kobieta gotuje, sprząta, szyje i prasuje. Ojciec zmęczony wykonywaniem odpowiedzialnych zadań w domu odpoczywa. Zdaniem pań, trzeba ten nierealny obraz zmienić.
Przepraszam, ale to naiwność. Nie boję się tego stwierdzenia i powtórzę je nawet, gdy tysiąc feministek będzie pod redakcją PARKIETU skandowało: Michalski - męska, szowinistyczna świnia. Raz - każdy podręcznik musi zawierać pewnego rodzaju generalizację. Dwa - i to przede wszystkim - naiwnością jest sąd, że to podręczniki czy - szerzej mówiąc - szkoła lub dom wychowują dziecko. Wzorce pochodzą głównie z telewizji. To ona jest jedynym partnerem, który ma zawsze czas dla dziecka. Jeśli ktoś kształtuje stereotypowe wzorce, to właśnie TV, a przede wszystkim reklamy. Drogie panie feministki, dlaczego z nimi nie walczycie? Kobieta w telewizyjnej reklamie jest jeszcze bardziej zacofana niż ta z podręcznika szkolnego. Jeżeli jest młoda i ładna, to może liczyć na wyeksponowanie niektórych części jej ciała dla wzbudzenia pożądania u odbiorcy. Starsza może już być tylko matką wiecznie nienażartej rodziny, która przy jedzeniu brudzi siebie i swój dom niemiłosiernie. W dodatku kobieta z reklamy jest ograniczona intelektualnie, bo to mężczyzna przynosi do domu środki czystości, dzięki którym sprzątanie staje się przyjemnością. Jakby tych nieszczęść jeszcze było mało - biedaczka z reklam cierpi na niekończące się bóle menstruacyjne lub reumatyczne. Dlatego powtórzę raz jeszcze: wiara, że zmiana podręczników to droga do zmiany sposobu myślenia jest naiwnością.
Całe szczęście, że panie walczące o równy status kobiet i mężczyzn nie mogą przyczepić się do rynku kapitałowego. U nas poprawność polityczna kwitnie. Rodzaju żeńskiego mamy pod dostatkiem: giełda, akcja, obligacja, opcja...