Rząd w projekcie budżetu zapisał, że wpływy z abolicji wyniosą w przyszłym roku ok. 600 mln zł. Prognoza nie zmieniła się, chociaż posłowie, pracując nad ustawą, zwiększyli stawkę jednorazowego podatku z 7,5% do 12%. Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, podkreślają, że oszacowanie tych dochodów było trudne od samego początku.
Jeśli TK zakwestionuje abolicję i z tego źródła do budżetu nie wpłynie nic, to jeszcze nie będzie to powód do niepokoju, przekonują eksperci. Rząd będzie w stanie wygospodarować tę kwotę w inny sposób, np. poprzez oszczędności. Być może uda się je również pozyskać dzięki lepszemu wzrostowi gospodarczemu. Planowane wpływy z abolicji to mniej niż 0,1% PKB.
- Ok. 600 mln zł to nie jest poważny ubytek. Ale to nie jest jedyna tego rodzaju kwota. W sumie ryzykownych, trudnych do oszacowania dochodów może być łącznie ok. 3 mld zł. Jeśli ich zabraknie, deficyt ekonomiczny może się zwiększyć - mówi Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.
Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK, jest zdania, że zakwestionowanie przez Trybunał ustawy abolicyjnej nie powinno podważyć zaufania inwestorów do polskiego rządu. - W tym przypadku skutki mogą być bardziej polityczne niż ekonomiczne. Trudno jest je w tej chwili komentować. Dla zagranicznych inwestycji dużo ważniejsza jest sprawa podatku od osób prawnych niż kwestia abolicji i deklaracji majątkowych - ocenia M. Reluga. On także jest zdania, że sam brak pieniędzy z abolicji nie spowoduje budżetowego trzęsienia ziemi, ale, według jego oceny, ryzykowne dochody to łącznie 5 mld zł.
Ministerstwo Finansów nie chciało wczoraj komentować decyzji prezydenta. Resort zamierza poczekać do wydania orzeczenia przez Trybunał. - Będziemy się wtedy zastanawiać - powiedziała Radiu Zet wiceminister Irena Ożóg, pytana o to, co zrobi resort, jeśli prawo o abolicji nie wejdzie w życie, a do budżetu nie wpłynie 600 mln zł.