Oj, wysoko w naszym kraju restrukturyzacja stanęła. Jak człowiek czyta gazety i ogląda telewizję, to odnosi wrażenie, że ludziska trzymają się kurczowo starego i najchętniej pracowaliby jak za Gierka - na aby, aby, byle tylko coś z zakładu wynieść, żeby na wódkę po pochodzie pierwszomajowym starczyło. Ale wystarczy wyjść na ulicę i od razu widać, że wszystko się zmieniło i ludzie o firmy swoje dbają lepiej niż o siebie.
Dokonałem takiego odkrycia, wychodząc nie na ulicę, ale wjeżdżając na szyny. Po prostu wybrałem się wraz z rodziną w podróż koleją. I muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, jak ciężko wszyscy kolejarze pracują nad naprawą sytuacji Polskich Kolei Państwowych.
Pociąg, którym mieliśmy jechać, oczywiście był spóźniony. Wprawdzie niewiele, tylko 70 minut, a przecież zdarzyło mi się czekać na Dworcu Centralnym w Warszawie na pociąg, który wyruszył z Warszawy Wschodniej (odległość 10 km) i spóźniał się dwie godziny.
Wracam jednak do mojej wycieczki. Wsiedliśmy więc w pierwszy lepszy, który jechał w naszym kierunku - ale nie zdążyliśmy kupić biletów. Na szczęście tuż po starcie pociągu pojawiło się dwóch panów, którzy na naszą prośbę wypisali nam bilety, aczkolwiek zastrzegając, że zrobią to z dodatkową opłatą. Jak się okazało, było to skromne 100 zł od osoby. W pociągu, jak zwykle, brud i smród, zwłaszcza w toaletach - moje dziecko za nic nie chciało wejść drugi raz do WC. Musieliśmy się przesiąść w niewielkim miasteczku. Na dworcu oczywiście zimno, toalety nie ma. Innymi słowy - normalna podróż.
Ale jakie poświęcenie ze strony kolejarzy. Po pierwsze - klient musi wiedzieć, że PKP nigdy nie jest w stanie przyjechać na czas, a to wymaga wielkich zdolności logistycznych, w końcu tyle tych pociągów jeździ. Po drugie - musi wiedzieć, że warunki podróży będzie miał jak najgorsze. Po trzecie - korzystając z brudnych toalet i przesiadując na zimnych dworcach może złapać jakieś choróbsko, więc potem będzie uważał i omijał koleje szerokim łukiem. Po czwarte - za te wszystkie atrakcji zapłaci jak za zboże.