Reklama

Restrukturyzacja oddolna

Publikacja: 17.10.2002 09:21

Oj, wysoko w naszym kraju restrukturyzacja stanęła. Jak człowiek czyta gazety i ogląda telewizję, to odnosi wrażenie, że ludziska trzymają się kurczowo starego i najchętniej pracowaliby jak za Gierka - na aby, aby, byle tylko coś z zakładu wynieść, żeby na wódkę po pochodzie pierwszomajowym starczyło. Ale wystarczy wyjść na ulicę i od razu widać, że wszystko się zmieniło i ludzie o firmy swoje dbają lepiej niż o siebie.

Dokonałem takiego odkrycia, wychodząc nie na ulicę, ale wjeżdżając na szyny. Po prostu wybrałem się wraz z rodziną w podróż koleją. I muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, jak ciężko wszyscy kolejarze pracują nad naprawą sytuacji Polskich Kolei Państwowych.

Pociąg, którym mieliśmy jechać, oczywiście był spóźniony. Wprawdzie niewiele, tylko 70 minut, a przecież zdarzyło mi się czekać na Dworcu Centralnym w Warszawie na pociąg, który wyruszył z Warszawy Wschodniej (odległość 10 km) i spóźniał się dwie godziny.

Wracam jednak do mojej wycieczki. Wsiedliśmy więc w pierwszy lepszy, który jechał w naszym kierunku - ale nie zdążyliśmy kupić biletów. Na szczęście tuż po starcie pociągu pojawiło się dwóch panów, którzy na naszą prośbę wypisali nam bilety, aczkolwiek zastrzegając, że zrobią to z dodatkową opłatą. Jak się okazało, było to skromne 100 zł od osoby. W pociągu, jak zwykle, brud i smród, zwłaszcza w toaletach - moje dziecko za nic nie chciało wejść drugi raz do WC. Musieliśmy się przesiąść w niewielkim miasteczku. Na dworcu oczywiście zimno, toalety nie ma. Innymi słowy - normalna podróż.

Ale jakie poświęcenie ze strony kolejarzy. Po pierwsze - klient musi wiedzieć, że PKP nigdy nie jest w stanie przyjechać na czas, a to wymaga wielkich zdolności logistycznych, w końcu tyle tych pociągów jeździ. Po drugie - musi wiedzieć, że warunki podróży będzie miał jak najgorsze. Po trzecie - korzystając z brudnych toalet i przesiadując na zimnych dworcach może złapać jakieś choróbsko, więc potem będzie uważał i omijał koleje szerokim łukiem. Po czwarte - za te wszystkie atrakcji zapłaci jak za zboże.

Reklama
Reklama

Ktoś powie, że w całej tej historii nie ma nic nowego i nie ma ona kompletnie żadnego związku z koniecznością restrukturyzacji kolei. I byłoby tak, gdyby nie jeden kruczek - otóż przejazdy osobowe są dla PKP deficytowe. Wprawdzie państwo zwraca pieniądze za ulgi i tak dalej, ale nawet gdyby dotacje były tak wysokie, jak zwykle żąda PKP, na pasażerach koleje by nie zarabiały. Co innego towary - to jest żyła złota dla kolei i one głównie z tego żyją. I gdyby kolejarze nie musieli wozić Kowalskich, nikt do kolejarzy nie musiałby dokładać - nie trzeba byłoby zatrudniać kasjerek, konduktorów, itd., można byłoby sprzedać dworce i ziemię w miastach. Skorzystaliby na tym wszyscy - i PKP, i budżet, który ma ciągłe kłopoty, no i pasażerowie, którym nie groziłby dur brzuszny z okazji wizyty w kolejowym WC.

I właśnie to robią kolejarze - zniechęcają klientów do przejazdów pociągiem, aby zmniejszyć deficyt ukochanego przedsiębiorstwa, które dzięki temu wyjdzie na plus. Działają samodzielnie, na własną rękę i z pełną świadomością, że gdy im się uda, spora część załogi pójdzie na bruk. Szczerze mówiąc, po tej podróży nie pozostaje mi nic innego jak życzyć im w tej dziedzinie sukcesu. I to całkowitego.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama