Jak Pan ocenia politykę tworzenia rezerw przez polskie spółki giełdowe. Czy mamy tu do czynienia z tzw. kreatywną księgowością?
W potocznym rozumieniu rachunkowość odbiera się jako naukę ścisłą. Wydaje się, że rejestracja zdarzeń gospodarczych nie pozostawia miejsca na różne interpretacje. W przewidzianych prawem ramach tę samą należność, która powinna wpłynąć do spółki np. pół roku temu, można jednak uznać za całkowicie straconą, częściowo utworzyć na nią rezerwę bądź przejść nad nią do porządku dziennego, uznając, że nasz kontrahent, pomimo opóźnień, wywiązywał się z zobowiązań, i tak będzie też tym razem. Z naszych doświadczeń wynika, że większość giełdowych firm nie łamie w tym zakresie prawa, a nieliczne przypadki, gdy jest inaczej, są wychwytywane przez audytorów.
Czy ta dowolność interpretacji nie jest jednak zbyt duża?
Na ten temat trwają obecnie w międzynarodowej rachunkowości dyskusje. Amerykańska komisja papierów wartościowych i giełd określiła bardzo szczegółowe zasady rejestracji zdarzeń gospodarczych. Problem pojawia się wówczas, gdy coś umknęło uwadze ustawodawcy. W Europie Zachodniej, obok istniejących norm prawnych równie istotne są standardy rachunkowości wypracowane przez rynek kapitałowy. Stanowią one m.in. o wyższości treści nad formą. W przypadku Enronu wiele zniekształcających rzeczywistość zapisów mieściło się w ramach prawa i menedżerowie tej spółki uznają to za swoje częściowe usprawiedliwienie. W Europie zwrócono by im uwagę, że przede wszystkim powinni kierować się treścią, sensem i skutkiem zdarzenia gospodarczego.
Jakie zasady są bliższe polskiej praktyce?