Z debaty "Kontrakty terminowe: ryzyko a zysk", która wczoraj odbyła się na targach"Twoje Pieniądze", można wyciągnąć jeden podstawowy wniosek. Kierunek, w jakim rozwija się rodzimy rynek kontraktów terminowych, czyli zdecydowana dominacja spekulantów, jest zasługą nie do końca słusznych regulacji prawnych. Duża ilość spekulantów na rynku pochodnych nie jest oczywiście niczym złym. W końcu to oni zapewniają płynność tych instrumentów. Pytanie jednak, co w tym kontekście oznacza słowo "duża"? Duża w porównaniu z innymi rynkami terminowymi? Zdecydowanie nie. Raczej duża w porównaniu z liczbą inwestorów, którzy wykorzystują te instrumenty do ograniczania ryzyka kursowego (zabezpieczania się). Bardzo surowe regulacje na tej płaszczyźnie nie pozwalają niektórym instytucjom, w przypadku których zabezpieczanie jest wręcz pożądane, na "dotykanie" kontraktów indeksowych czy akcyjnych. Sytuacja ta dotyczy szczególnie Otwartych Funduszy Emerytalnych, które nie mogą się zabezpieczać nawet przed spadkiem kursów akcji notowanych na GPW. Trochę "luźniej" jest w przypadku funduszy
inwestycyjnych, które ryzyko spadku notowań mogą wyeliminować za pomocą kontraktów futures, ale nie mogą już np. zabezpieczać się przed wzrostem kursów akcji, które miałyby być przedmiotem przyszłej transakcji lub ze względu na małą płynność ciężko je nabyć bez windowania kursu w górę. Tak prawdę mówiąc to nawet nie do końca wiadomo, czy faktycznie nie mogą. Jak twierdzi Jakub Gizbert-Studnicki, doradca inwestycyjny z towarzystwa funduszy inwestycyjnych DWS, który
w miarę możliwości stara się wykorzystywać kontrakty terminowe w swoich strategiach inwestycyjnych, dotąd nieznane jest stanowisko KPWiG w tej
sprawie.