Projekt Narodowego Planu Rozwoju 2004-2006 znajduje się obecnie w fazie konsultacji społecznych. Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu trafi do komisji sejmowych, a w listopadzie ma się nim zająć rząd. Jeszcze w tym roku otrzyma go Komisja Europejska. Plan ten określa cele oraz sposoby wykorzystania dotacji z unijnych funduszy strukturalnych oraz Funduszu Spójności, które UE przyzna nam w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do Unii.
Z projektu wynika, że w ciągu trzech lat po wejściu do UE do Polski może trafić 13,8 mld euro dotacji unijnych, które zostaną przeznaczone na projekty i programy wspierające rozwój regionalny. Jednak aby tak się stało, Polska musi wygospodarować własne środki. Projekt NPR zakłada więc, że z budżetu państwa oraz z budżetów samorządowych na ten cel przeznaczone zostanie ponad 6,2 mld euro. Ponadto firmy, które zechcą skorzystać z pomocy unijnej, będą musiały wygospodarować ponad 3,1 mld euro własnych środków. Łącznie więc projekt NPR zakłada inwestycje, które pochłoną ponad 23 mld euro.
- Zależy nam na tym, aby środki, jakie trafią do Polski po naszym przystąpieniu do Unii, były należycie wykorzystane. Nie chcemy, aby zostały rozproszone i służyły do realizacji doraźnych celów. Pieniądze mają pomóc w stworzeniu w Polsce warunków do długotrwałego rozwoju - mówi Ewa Freyberg, wiceminister gospodarki.
W tym celu w ramach NPR opracowano 8 programów operacyjnych. Za zarządzanie każdym z nich odpowiadać będą ministerstwa oraz samorządy wojewódzkie. Na pomoc finansową liczyć mogą m.in. przedsiębiorstwa, szczególnie małe i średnie, samorządy oraz rolnicy indywidualni. Do współfinansowania kwalifikowane będą projekty dotyczące m.in.: rozwoju przedsiębiorczości, (np. inwestycje firm), rozwoju turystyki (np. promocja produktów turystycznych) czy zakresu inwestycji w gospodarstwach rolnych.
- Stoimy przed wielką szansą, która nigdy potem się nie powtórzy. Są kraje, które tę szansę wykorzystały, ale są też takie, które tego nie potrafiły. Ja wierzę, że nam może się udać wykorzystać unijne pieniądze należycie - uważa Michał Kleiber, minister nauki.