W poniedziałek indeks WIG20 opuścił górą trwający ponad trzy miesiące trend boczny. Stało się to przy zwiększonych obrotach, choć po wybiciu z tak wyrazistej formacji można było oczekiwać nieco więcej. Amplituda wahań indeksu w kanale wyniosła około 120 punktów, zatem jeśli potraktować omawianą formację jako podwójne dno, to ruch wzrostowy powinien sięgnąć poziomu 1280-1290 punktów. W tej okolicy można zresztą umiejscowić dość poważny opór wynikający z kilku historycznych lokalnych "dołków" i "szczytów".
Trudno powiedzieć, jaką szansę na realizację ma ten scenariusz, bo sytuacja makroekonomiczna oraz fundamenty spółek nie zmieniły się znacząco. Trzymana w ryzach inflacja to ciągle za mało, aby mówić o sukcesie gospodarczym, a ubiegłotygodniowa obniżka stóp nie miałaby miejsca, gdyby RPP, według słów prezesa NBP, brała pod uwagę tylko projekt przyszłorocznego budżetu. Czy zapisany tam wzrost PKB na poziomie 3,5% jest realny, skoro sytuacja gospodarki naszego największego partnera, czyli Niemiec, pogarsza się systematycznie? Poza tym opublikowany przedwczoraj wskaźnik zaufania amerykańskich konsumentów, najniższy od 9 lat, pokazuje, iż spowolnienie gospodarcze w USA trwa, a to nie wróży nic dobrego, zarówno dla Niemiec, jak i dla nas. Pojawiły się wprawdzie oczekiwania dotyczące kolejnej obniżki stóp za oceanem, ale nawet jeśli w przyszłym tygodniu stopy w Ameryce spadną, to reakcja giełd może być krótkotrwała, a pole manewru Fed zawęzi się dramatycznie. Byłoby to potwierdzeniem złego stanu największej gospodarki świata. Nasz rynek może wprawdzie przez jakiś czas grać "pod prąd", ale trudno oczekiwać, aby taki stan mógł utrzymać się długo. Jeśli wezmą górę czynniki fundamentalne, to zakończenie tej zwyżki może być nagłe i bardzo nieprzyjemne.