Ustawa o abolicji i deklaracjach majątkowych ani mnie ziębiła, ani grzała. Nie zamierzałem korzystać z jej dobrodziejstw, nie przerażały mnie wprowadzane przez nią obowiązki. Minister Kołodko sprawę traktował nadzwyczaj emocjonalnie - uderzał w stół, wsłuchując się w głos odzywających się nożyc. W środę usłyszał werdykt Trybunału Konstytucyjnego. I dokonał nadzwyczaj twórczej jego interpretacji.
Siły były nierówne. To fakt. Miałem zaszczyt uczestniczyć w seminariach prof. Safjana oraz kilku innych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. W starciu z nimi na argumenty niewielu ma jakiekolwiek szanse. Wiceminister Ożóg robiła, co mogła. Ale trzeba by chyba najlepszych specjalistów od reklamy, by "sprzedać" legislacyjnego bubla. Pani poseł, reprezentująca parlament, pomyliła chyba wystąpienie przed Trybunałem z wiecem dla niezbyt lotnych wyborców. Blamaż.
Zdawałoby się, że minister finansów otrzymał lekcję pokory. Cnota jednak krytyk się nie boi. Pan minister obwieścił więc wczoraj: to społeczeństwo poniosło klęskę. Społeczeństwo, sądząc po komentarzach, jest jakby innego zdania. Ale tego minister już raczej nie słyszy.
Dzięki niemu już wiadomo, kto społeczeństwu szkodzi. Na miejscu wszystkich szarostrefowców i ukrywających majątek przestępców zorganizowałbym marsz protestacyjny przed budynkiem Trybunału. Niech sobie ci sędziowie nie myślą, że są bezkarni, wbijając nóż, albo nawet i nożyczki, w plecy osłabionej gospodarki.
Ja nawet rozumiem ministra. Chciał mieć efekty. Wyraźne i szybkie. Podobno, dysponując tymi narzędziami, w jakie fiskus jest wyposażony (i nie mam na myśli demonstrowanych publicznie nożyc), może efektywnie ścigać nieuczciwych podatników. I ściga, ale mu nie wychodzi. A minister chciał, żeby wyszło bez ścigania. Dla jego urzędników czysty zysk - efekty bez pracy, a pensja i tak się należy.