Niedawno w Warszawie odbyło się w Polskie Forum Kapitałowo-Finansowe Twoje Pieniądze. Targi te spełniły swą tradycyjną już (zdaniem niektórych, niestety) edukacyjno-informacyjną rolę, chociaż nie zaskoczyły odwiedzających szczególnie atrakcyjnymi ofertami. Na uwagę zasługuje to, które instrumenty finansowe wzbudzały największe zainteresowanie. Dużą popularnością cieszyły się materiały dotyczące derywatów. Oczywiste jest, że umożliwiające zarabianie na spadkach kontrakty terminowe wydają się szczególnie atrakcyjne podczas bessy. Z drugiej jednak strony, rynek terminowy charakteryzuje się dużo większym współczynnikiem ryzyka niż rynek kasowy.
Dlaczego więc instrumenty pochodne cieszą się rosnącą popularnością, kosztem, uważanych za bezpieczniejsze akcji? Większość analityków zwracała uwagę nie tylko na kiepską kondycję polskich spółek, ale również na podejście ich zarządów do akcjonariatu. Niewiele jest na naszym rynku przedsiębiorstw gotowych na dzielenie się zyskami z właścicielami akcji. Wypłacanie dywidendy, niestety, nie stało się praktyką. Proponowane obligatoryjne ustalenie stopy dywidendy jest na razie wyłącznie w stadium nieformalnego projektu i wątpię, aby miało się to szybko zmienić.
Mimo to nasz rynek wydaje się całkiem cywilizowany w porównaniu z giełdą amerykańską z okresu tzw. złotych lat, a więc połowy XIX wieku. Wówczas pojęcie "wartości dla akcjonariatu" było zupełnie niespotykane, a zarządy traktowały podległe im spółki jak prawdziwe "dojne krowy".
Dość powszechnie znany jest przypadek Johna Fiska, który sprzedał "krótko" akcje zarządzanej przez siebie spółki, a następnie unieważnił lukratywny dla niej kontrakt. Kiedy ceny akcji spadły, a dyrektor uznał, że obłowił się w wystarczająco, ponownie zawarł umowę, nabywszy jednak uprzednio udziały, które tym razem zyskały na wartości. Aby uniknąć odpowiedzialności za insider trading, wystarczyło przekupić odpowiedniego sędziego.
Kuriozalne natomiast jest zagranie innego, aktywnego w podobny sposób inwestora, który był jednocześnie prezesem notowanej na nowojorskiej giełdzie huty w Chicago. Przemysłowiec ów wpadł na pomysł, jak podreperować swoje finanse. Korzystając z dobrych wzorców (choćby takich jak Fisk), sprzedał akcje huty bez pokrycia, a następnie ogłosił, że jest ona nierentowna (choć była to bzdura) i... zamknął ją. Nie ma chyba nawet potrzeby, aby przypominać, jak duże było zatrudnienie w podobnych ośrodkach w erze industrialnej. To jednak nie miało żadnego znaczenia w porównaniu z potencjalnymi zyskami, jakie niosły ze sobą te decyzje. Przemysłowiec osiągnął olbrzymie profity, a następnie ponownie otworzył swoją "nierentowną" hutę.