Wraz z rozluźnieniem prawa dewizowego najbardziej aktywni polscy inwestorzy zaczęli szukać możliwości grania na zagranicznych giełdach. W szczególności duża część z nich chciałaby spróbować swoich sił w Ameryce. Ale osiągnięcie zysku na tamtejszym rynku będzie szczególnie trudne, nie tylko ze względu na brak doświadczenia. Dużą część zarobku mogą zabrać nam ukryte "prowizje" od przelewu środków na zagraniczny rachunek i z powrotem.

Żeby wysłać pieniądze za granicę, trzeba je najpierw zamienić na walutą obcą. Najprościej zrobić to za pomocą banku, który będzie realizował nasz zagraniczny przelew. I tutaj czeka ukryta prowizja. Kursy, po jakich banki chcą przeliczać złote na walutę obcą, znacznie odbiegają od notowań na walutowym rynku międzybankowym. W ostatni poniedziałek dolary można było kupić po 3,9593-3,996 zł. Kurs międzybankowy wynosił tego dnia 3,893 zł. Oznacza to, że bank chciał sprzedać walutę przeszło 2%. powyżej rynkowego kursu. Tego samego mniej więcej rzędu poniesiemy koszty, kiedy dolary zamieniać będziemy na złote. Dodając do tego 0,2-proc. opłatę za przelew, możemy szacować, że nawet do 5%. środków zabiorą nam operacje na walutach.

Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że bank powinien być instytucją charytatywną i wymieniać walutę po kursie międzybankowym. Chciałbym tylko zauważyć, że 2-proc. prowizje, przynajmniej na rynku kapitałowym, mamy już dawno za sobą. Teraz standardowej opłacie dla biura maklerskiego bliżej jest do 0,5%. Byłoby wspaniale, gdyby bankowcy zechcieli wziąć z maklerów przykład.

Łapczywość banków na wszelkiego rodzaju opłaty prowadzi czasem do absurdów. W zeszłym tygodniu jeden z kolegów likwidował lokatę w euro. Kiedy ją zakładał, euro nie było jeszcze w obrocie. Nie miał wyjścia - musiał operację zamiany złotych na wspólną walutę dokonać w banku. Kiedy lokatę likwidował, pani w banku poradziła mu, żeby wypłacił w euro i poszedł sprzedać je do kantoru, bo w jej firmie to mu się nie opłaca.