Podwyżka składki została przyjęta podczas trzeciego czytania budżetu i ustaw okołobudżetowych. Zgłosiło ją opozycyjne Prawo i Sprawiedliwość, a rządząca koalicja ochoczo zaakceptowała. Różnicę w składce podatnicy będą musieli dopłacić z własnych kieszeni. Nie będzie jej bowiem można odliczyć od podatku. Oznaczać to może albo obniżkę pensji netto pracownika, albo wzrost kosztów pracy u pracodawcy. W opinii Jeremiego Mordasewicza, eksperta Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, część firm może zostać do tego zmuszona przez załogę. Jego zdaniem, łącznie z podwyżką składki na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych obciążenie może wynieść nawet 10 zł miesięcznie na zatrudnionego.
Nowelizacja weszła w życie bardzo szybko. To dlatego, że rządząca opozycja chciała uniknąć zarzutu, że złamała konstytucję uchwalając zmiany w podatkach. Według ustawy zasadniczej, muszą być one ogłoszone przed końcem listopada. Stąd też prezydencki pośpiech - choć na rozpatrzenie ustawy Aleksander Kwaśniewski miał kilka tygodni, to zdecydował się złożyć swój podpis w dzień po przyjęciu jej przez Senat. Zresztą już wcześniej zapowiadał, że to zrobi ze względu na potrzeby służby zdrowia. Według ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego, podwyżka składki to dodatkowe wpływy do budżetu rzędu 870 mln zł.
Większość pytanych przez nas prawników nie ma wątpliwości - nie ma podstaw, aby kwestionować konstytucyjność przepisów. I nie można powołać się na przypadek abolicji, która również została uchwalona bardzo szybko. - Abolicja była nowym instrumentem, nieznanym w polskim systemie prawnym - mówi Michał Stolarek z kancelarii prawnej White & Case.
Według Wojciecha Kosowicza z kancelarii prawnej Gessel, Chajec i Wspólnicy można wątpić, czy w ogóle ktoś będzie chciał zaskarżyć ustawę w Trybunale Konstytucyjnym. Prawnik przypomina, że podobne zapowiedzi składano przy nowelizacji ustawy o CIT, która zmniejszyła skalę obniżki tego podatku. Żaden wniosek jednak w tej sprawie nie wpłynął.
- Szybki tryb, w jakim uchwalono podwyżkę składki wynika prawdopodobnie z tego, że trzeba ratować budżet - mówi Wojciech Kosowicz.