- Fakt, że po tylu latach liberalizacji udział alternatywnych operatorów w rynku telefonii stacjonarnej jest mniejszy niż 10% to porażka procesu demonopolizacji. Nie oznacza to jednak, że niezależni operatorzy muszą kontrolować większość rynku. Mają oni raczej być czynnikiem mobilizującym do rozwoju największego gracza na rynku - stwierdził prof. Marian Dąbrowski podczas zorganizowanej przez Oracle Polska konferencji poświęconej polskiemu rynkowi telekomunikacyjnemu w przededniu wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej.

W UE niezależne firmy telekomunikacyjne kontrolują średnio 20-25% rynku i jest to poziom, do którego, zdaniem uczestników konferencji, będzie dążył nasz kraj. Pomóc w tym ma prowadzona właśnie nowelizacja prawa telekomunikacyjnego. - Problem w tym, że tworząc nowe regulacje jesteśmy zbyt kreatywni. Okazuje się, że oprócz rozwoju rynku, każda grupa nacisku ma swoje własne cele. Przykładem może być tu proponowana niedawno rejestracja użytkowników systemu pre-paid. Na walczenie z tego typu inicjatywami tracimy zbyt dużo czasu - powiedział Bogusław Kułakowski, prezes Polskiej Telefonii Cyfrowej.

Zdaniem Chrisa Woolforda z OFTEL (brytyjski organ nadzorujący sektor telekomunikacyjny, uważany za jedną ze skuteczniejszych tego typu instytucji) czynnikiem regulującym rynek powinna być przede wszystkim konkurencja. Instytucje rządowe powinny jedynie wkraczać tam, gdzie nie zadziała "niewidzialna ręka rynku". Nie wszyscy zgadzali się jednak z tą tezą. Zdaniem Bertranda Le Guerna, wiceprezesa TP SA, kraj taki jak Polska powinien skupić się na rozwoju rynku. - Koncentrowanie się na wzroście konkurencji krótkoterminowo przynosi efekty dla klienta, jednak długoterminowo może hamować rozwój rynku - wyjaśnił wiceprezes Le Guern. - Błędna ocena głębokości rynku najlepiej widoczna była przy okazji przetargów na UMTS - dodał M. Dąbrowski.