Na celowniku polskiej ekipy w końcówce negocjacji z Unią Europejską są przede wszystkim sprawy rolne. Pieniądze i kwoty produkcyjne. Ale nie takie pieniądze, które modernizują wieś, tylko odwrotnie - przełożenie tych pieniędzy do szufladki o nazwie dopłaty bezpośrednie. W tym samym czasie OECD publikuje raport, oceniający stan edukacji w 27 krajach członkowskich. Polska klasyfikowana jest na szarym końcu, razem z Koreą i Czechami. Otrzymujemy portret szkoły przestarzałej, opartej na XIX-wiecznej metodzie zapamiętywania wiedzy, która nie przygotowuje do samodzielnego zdobywania i przetwarzania informacji oraz wyciągania z nich praktycznych wniosków. Nawet bez raportów OECD wiemy, że szczególnie marnie wygląda szkolnictwo wiejskie. Nic dziwnego, że spada udział młodzieży wiejskiej wśród studiujących, pomimo że Polska przeżywa prawdziwy boom szkolnictwa wyższego.
Jeśli się zestawia jedno z drugim - uporczywe starania o unijne dopłaty oraz dramat wiejskiej edukacji - ujawnia się dwuznaczna postawa wiejskiego lobby. Dopłaty do hektara okazują się ważniejsze, niż pokoleniowa szansa szarych komórek. Obrona wsi jest równoznaczna z utrwaleniem dotychczasowej, przestarzałej struktury. Zaś zamrożenie struktur wiejskich, wraz z niedorozwojem edukacji, jest równoznaczne z uwięzieniem młodego pokolenia w zaklętym kręgu niedorozwoju. Rolnictwo jest naszym największym problemem w dobie integracji z Unią Europejską właśnie dlatego, że uchroniło się przed istotnymi przeobrażeniami, jakie zmieniły Polskę po roku 1989. Przeniesienie do nas Wspólnej Polityki Rolnej w wersji uproszczonej (dopłaty do hektara), kosztem funduszy strukturalnych, jest kolejnym zwycięstwem kalkulacji politycznej nad ekonomicznym zdrowym rozsądkiem. Jest równoznaczne z rentą socjalną i antybodźcem do modernizacji gospodarstw. Zwiastuje poważne kłopoty, gdy Unia Europejska zechce zmienić swoją politykę rolną. Wielomiliardowy budżet rolny Brukseli jest świadomą inwestycją w podtrzymanie upraw na Starym Kontynencie - upraw, które o własnych siłach nie są zdolne konkurować z tanią żywnością, importowaną z innych kontynentów. Jest inwestycją w krajobraz, tradycję i sposób życia 5 procent tamtejszej ludności. My zaś integrujemy się, mając zupełnie inne proporcje. Dodajmy do tego ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, aktualnie czytane w Sejmie. Wspólnym mianownikiem propozycji rządu, PSL i PiS jest maksymalna reglamentacja obrotu ziemią. Oczywiście, w imię obrony przed obcymi. Ale okazuje się to obosieczną bronią, uderza także swoich! Przeforsowanie takich regulacji, całkiem realne, niweczy płynność nieruchomości rolnych. Utrwala obraz rozdrobnionego, przeludnionego rolnictwa, z bagażem 1,5 miliona niedochodowych gospodarstw. Wraz z dopłatami od hektara i brakiem szans edukacyjnych oznacza to skansen, który mógłby może stanowić atrakcję turystyczną XXI wieku, gdyby nie dotyczył jednej czwartej polskiej ludności. Zapewnia natomiast dalszą karierę partii chłopskich i mętny obieg publicznych pieniędzy.