Reklama

Prywatyzacja energetyki to nie handel cebulą

Z senatorem Jerzym Suchańskim, przewodniczącym Parlamentarnego Zespołu ds. Restrukturyzacji Energetyki, rozmawia Tomasz Miarecki

Publikacja: 13.12.2002 08:34

Dlaczego restrukturyzacja i prywatyzacja polskiego sektora energetycznego ciągnie się tak długo?

Może dlatego, że zajmują się tym politycy, a nie fachowcy.

Ale Pan jest politykiem i fachowcem.

Dziękuję, ale decyzje nie leżą po mojej stronie. Wracając jednak do tych przedłużających się spraw związanych z restrukturyzacją i prywatyzacją energetyki, to wynika to w dużej mierze z braku jednego organu, który by się zajmował całym sektorem paliwowo-energetycznym.

Czy zatem stworzenie superresortu - połączenie ministerstw Gospodarki i Skarbu Państwa - mogłoby cokolwiek zmienić?

Reklama
Reklama

Jestem "za". Mogłoby to zmienić obecną sytuację. Zresztą, może nie mówmy dzisiaj o połączeniu, ale, na przykład, o przekazaniu nadzoru nad energetyką z Ministerstwa Skarbu Państwa i włączeniu go do Ministerstwa Gospodarki. Taki pomysł został przyjęty przez dwie senackie komisje.

I co?

Na razie nic, ale świadczy to o tym, że jest to pomysł popierany przez wiele osób. Polityka energetyczna kraju to kompetencje i odpowiedzialność Ministerstwa Gospodarki. Natomiast nadzór nad spółkami energetycznymi sprawuje MSP. W związku z tym, jeżeli nie ma spójności w pomysłach pomiędzy tymi resortami lub trwa tam mniej lub bardziej zdrowa rywalizacja: kto tu ważniejszy, to zaczyna się to przenosić niżej. Wówczas ci, którzy mają bezpośrednio realizować sprawy związane z przyszłością polskiej energetyki, nie bardzo wiedzą, jak się zachować.

Słuchają tego, od kogo bezpośrednio zależą, dla kogo pracują.

Chyba, niestety, tak. A przede wszystkim słuchają tego, kto ma narzędzia. A te ma dzisiaj resort skarbu. Dlatego owo wyodrębnienie jakiegoś jednego ciała wydaje się koniecznością.

Czy jednak jest szansa na realizację tej "konieczności"?

Reklama
Reklama

Jesteśmy w punkcie wyjścia. Najważniejsze ośrodki decyzyjne państwa muszą zrozumieć, że wino, powidła, śledzie, kiełbasa, cement, traktory i garnitury nie mogą być sprzedawane w jednym sklepie. Ministerstwo Gospodarki powinno mieć jedną wypracowaną wizję, jak ten nasz sektor paliwowo-energetyczny ma wyglądać. Obok ministerstwa może powstać jakiś komitet lub inny organ państwowy, który zajmowałby się strategicznymi sprawami.

Po drugie, przy takim organie musi działać zaplecze naukowo--techniczne. Dzisiaj ja i cały zespół parlamentarny mamy odczucie, że wszystko robione jest w gabinetach urzędników bez oparcia się na polskim zapleczu fachowców.

Nie chce mi się wierzyć, że decyzje w sprawie przyszłości energetyki powstają bez wsparcia autorytetów z branży.

A ja jestem głęboko przekonany, że tak jest, gdyż bardzo wiele osób siedzących w branży paliwowo- -energetycznej zwraca się do mnie, do zespołu parlamentarnego, i pyta: Kto za tym stoi? Kto te programy opracowuje? Wynika z tego jasno, że nie ma szerokiej dyskusji nad wizją tego strategicznego dla kraju sektora. A te wszystkie pomysły należy rozbić na partytury, przedyskutować. Zresztą, także zespołu parlamentarnego nie zaproszono do dyskusji nad projektem, który powstawał ostatnio w komisji rządowej. Tym sposobem w zaciszu gabinetów ktoś robi nam bardzo ważną pieriestrojkę w gospodarce. A to nie są takie błahe sprawy. Obecne decyzje będą w przyszłości skutkować na wielu płaszczyznach. Praktycznie wszędzie, bo trudno przecież wyobrazić sobie nasz świat bez energetyki.

Panie senatorze, skoro tak jest, to dlaczego nikt nie reaguje, tylko wszyscy płaczą w rękaw parlamentarnego zespołu ds. restrukturyzacji energetyki.

To nie tak. Ten głos troski czy sprzeciwu jest. Na przykład, Stowarzyszenie Elektryków Polskich dało bardzo wyraźny sygnał w swoim liście skierowanym do premiera, mówiąc, że to nie ta droga. Często spotykam się z polskimi profesorami i nigdy nie usłyszałem opinii autorytetu naukowego, który powiedziałby, że to, co jest robione, jest robione dobrze. To naprawdę jest niepokojące.Tak było zawsze, czy też ów sprzeciw "rozbuchał się" po październikowych historiach związanych z podpisaniem umowy sprzedaży warszawskiego Stoenu?

Reklama
Reklama

Od ubiegłego roku jestem przewodniczącym zespołu parlamentarnego. Nie jest to bardzo długi okres, ale dłuższy niż "sprawa Stoenu". I nic w tym czasie nie zmieniło się, jeżeli chodzi o nasze stanowisko, na przykład w sprawie sprzedaży spółek dystrybucyjnych. Jesteśmy do takich działań nastawieni negatywnie. Nie od tego powinno się zaczynać. Należy jednak zauważyć pewne zmiany w stanowisku ośrodków decyzyjnych, i to jest mały pozytywny sygnał. W każdym razie mam takie odczucie. Jednak spójnej polityki paliwowo-energetycznej w ciągu ostatnich 10 lat nie dorobiliśmy się.

Mówi Pan o zmianach, ale z prywatyzacji grupy G-8 komisja rządowa nie rezygnuje. Pan jest tej prywatyzacji przeciwny, ale MSP chce koniecznie doprowadzić ją do końca. Dlaczego uważa Pan ten pomysł za chybiony?

Gdzie tu jest spójna polityka energetyczna? Z jednej strony mówi się o sprzedaży grupy G-8, a z drugiej - o reelektryfikacji polskiej wsi, równych szansach pozostałych zakładów energetycznych. Czy ktoś widzi wpływ prywatyzacji G-8 na to, co potem się wydarzy? Czy nie będziemy mieli upadku zakładów produkujących osprzęt energetyczny w Bydgoszczy czy Szczecinie? No, bo dlaczego potencjalny, nowy zagraniczny właściciel G-8, miałby kupować osprzęt u polskiego producenta, a nie u rodzimego w Belgii, Francji czy w Niemczech? Oczywiście, nasz zespół wie, że są pewne dyrektywy Unii Europejskiej, trzeba im się podporządkować, aby być w tej europejskiej rodzinie. Ale dlaczego mamy sprzedawać sieci? Tu przecież nie ma konkurencji. Jeżeli ktoś mówi o konkurencji, to jest ona w wytwarzaniu energii. Konkurencja jest również w kupnie, sprzedaży energii, ale nie w jej przesyle.

Przedstawiciele rządu uspokajają jednak, że sprzedaż spółek zajmujących się przesyłem nie przekroczy 30% naszego rynku. 70% zostaje w rękach państwa.

To ja jako nauczyciel akademicki mówię, że jest to brak logicznego argumentowania. A jako senatorowi regionu świętokrzyskiego scyzoryk mi się w kieszeni otwiera. Przecież to nie ma sensu. Bo dlaczego 30%, a nie 35%? A może 60%? Albo mamy spójną politykę i nie ruszamy sieci, albo... Naprawdę niektórzy traktują energetykę jak handel cebulą czy pomidorami. Nie rozumieją istoty tego sektora. A to dlatego - o czym już wspomniałem na początku - że przyszłością tego sektora zajmują się politycy, a nie fachowcy z branży. I jeszcze jedno, polityka związana z energetyką musi być ponadrządowa i ponadpartyjna. To zbyt ważna branża, by dzięki niej załatwiać jakieś małe grupowe interesy.

Reklama
Reklama

W 2007 roku rynek energii w Polsce ma zostać uwolniony. Co to oznacza? Jakie są plusy i zagrożenia? Czy polscy producenci energii elektrycznej zdołają zostać równoprawnymi partnerami na wolnym rynku?

Należy budować wolny rynek stopniowo, a nie nerwowo. Niektórzy nas tym rynkiem straszą. Zasada TPA - wolnego dostępu do sieci - funkcjonuje w Polsce i się nie sprawdza. Co więcej, działa w Unii i tam też się nie sprawdza. Zobaczymy, jak będzie w przyszłości. Pamiętajmy jednak, że sieci w ręku państwa nie przeszkadzają w wolnym dostępie do przesyłu, a wręcz przeciwnie.

Czy jednak za te kilka lat polscy producenci energii wytrzymają konkurencję i wolny rynek?

Najpierw musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy za te kilka lat będą polscy wytwórcy energii. Natomiast rzeczywiście konkurencja powinna się odbywać na tej płaszczyźnie, w sferze wytwarzania.

Jednak sprzedaż elektrowni, zdaniem niektórych fachowców, może stanowić ogromny problem. Państwa UE - m.in. Niemcy, Francja, Belgia - mają nadwyżkę mocy produkcyjnych i zainteresowani są w Polsce nie producentami, ale rynkiem. Co w takim razie nas czeka?

Reklama
Reklama

Ma pan rację. Dlatego my w zespole uważamy, że jeśli dzisiaj bez głębokiej analizy zaczniemy prywatyzować energetykę na zasadzie uzupełniania braków finansowych w budżecie, to wpadniemy w pułapkę. Zaklinujemy się. Jeżeli nie będziemy właścicielami sieci, to nagle okaże się, że nie będzie wiadomo, co robić z elektrowniami, bo nikt nie będzie chciał kupować tego, co wyprodukują. Wówczas będzie już za późno. Nie czarujmy się. Nikt nam niczego za darmo nie da. Inwestor zagraniczny chce zrobić w Polsce interes. I to jest normalne. Tyle tylko, że jak on zrobi tu interes, to prawdopodobnie my tego interesu z nim nie zrobimy. Bo rzeczywiście nadwyżki energii w wielu krajach są spore. Ci, którzy je mają, zrobią wszystko, by je sprzedać. My zrobiliśmy już sporo błędów. Proszę zwrócić uwagę, jak została skonstruowana umowa na tzw. kabel szwedzki. Ze Szwecji do nas energia płynie. W drugą stronę - nie ma prawa!

Mówiąc o rządowych projektach nie sposób nie wspomnieć o pomyśle stworzenia BOT-u, czyli konsolidacji elektrowni w Bełchatowie, Opolu i Turowie. Pomysł ten wywołuje u niektórych spore kontrowersje, gdyż podkopuje sytuację ekonomiczną samodzielnego Bełchatowa. Jednocześnie istnieje podobno ryzyko, że będący w złej sytuacji finansowej Turów może "położyć" BOT. Czy w związku z tym pomysł z konsolidacją tych elektrowni jest racjonalny?

Musimy zadać sobie pytanie, co chcemy osiągnąć i w jakim czasie? To pytanie o BOT wisi jednak w pewnej próżni, bo - powtórzę raz jeszcze - nie ma u nas spójnej polityki dotyczącej przyszłości sektora energetycznego. Jeżeli powstanie BOT-u ma oznaczać lepsze zarządzanie i produkcję tańszej energii, to ja pytam - kiedy tańszej? Poza tym dzisiaj na wszystkie "za" i "przeciw" BOT-u rzutuje coś, co należy przefiltrować. Myślę chociażby o opiniach zarządzających tymi spółkami, którzy - czy tego chcą, czy nie - myślą nie tylko o całości energetyki, ale również o swojej przyszłości. Swoiste będzie też patrzenie związków zawodowych, których rola w skonsolidowanej firmie ulegnie zmianie. Ktoś zyska, ktoś straci.

Natomiast jest tu i kolejna ważna sprawa. Musimy postawić pytanie, czy my w Polsce przewidujemy odtworzenie sektora energetycznego? Dzisiaj jest zadłużony Turów i Opole, a Bełchatów nie. Z prostej przyczyny. Zaczyna liczyć się u nas tzw. zwrot kapitału. Jeżeli bloki w Turowie i Opolu są dzisiaj nowoczesne, to kiedy zostaną spłacone kredyty, energia z nich będzie tania. A jeżeli Bełchatów nie będzie inwestował, to tam zaczną się kłopoty. Gdyby jednak tak było, że Bełchatów da sobie radę z inwestycjami, zadłużone Opole i Turów też spłacą kredyty dzięki kontraktom długoterminowym, to perspektywa nie wygląda źle. Dlatego w całym tym pomyśle nie widzę specjalnej szansy na sukces. Boję się, że za tym wszystkim kryje się rozwiązanie kontraktów długoterminowych kosztem BOT-u. A to jest niebezpieczne nie tylko dla Bełchatowa, również dla przyszłości energetyki.

Strategia dla sektora energetycznego, opracowana przez zespół rządowy, przewiduje prywatyzację niektórych spółek - w tym m.in. Południowego Koncernu Energetycznego - poprzez Giełdę Papierów Wartościowych. Czy jest to słuszna droga prywatyzacyjna? Niektórzy twierdzą, że więcej można dostać, próbując sprzedać PKE inwestorowi strategicznemu.

Reklama
Reklama

Energetyka jest dochodowa i taka pozostanie. Dla takiego państwa jak nasze prywatyzacja przez giełdę wydaje się sensowniejsza. Być może wpływy z niej będą jednorazowo mniejsze, ale można wówczas w jakiejś mierze kontrolować PKE. Jest większa szansa na rozwój. Wydaje mi się jednocześnie, że warto wówczas koncern ten wzmocnić spółkami dystrybucyjnymi i stworzyć naprawdę silną jednostkę.

Czyli jest szansa?

O ile przyszłością polskiej energetyki zajmą się fachowcy.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama