Przedstawili oni wczoraj trzy scenariusze rozwoju polskiego sektora ubezpieczeń w ciągu najbliższej dekady. Wariant dynamiczny przewiduje, że dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego oraz dalszemu zwiększeniu sprzedaży ubezpieczeń na życie, realny średnioroczny wzrost składki wyniesie 5%. Według nich, spełnienie tych prognoz ma spowodować zwiększenie wielkości rynku o połowę do 2010 r. Co ciekawe, mimo że w ostatnich latach z ubezpieczeń na życie zrezygnowało 2 mln Polaków, autorzy opracowania uznają taki optymistyczny scenariusz za możliwy do zrealizowania. Zaznaczają, że jeśli czynniki negatywne wezmą górę (m.in. wzrost PKB będzie nadal niski, utrzyma się tendencja do rezygnacji z polis), to krajowy rynek ubezpieczeniowy wejdzie w najbliższej dekadzie w fazę stagnacji.

Drugi ze scenariuszy przejawia się dramatycznym spadkiem realnej składki, zbieranej z ubezpieczeń majątkowych przy niewielkim wzroście składki w ubezpieczeniach na życie. Z kolei wariant pesymistyczny przewiduje średnioroczny spadek przypisu składki o 2%. Aby uniknąć tej katastrofy, trzeba unowocześnić prawo, poprawić jakość funkcjonowania przedsiębiorstw ubezpieczeniowych oraz nadzór nad nimi. Konieczna jest zmiana struktury, bo na razie zdominowana jest przez ubezpieczenia komunikacyjne. Kolejnym problemem jest jego płytkość, która wynika z małej skłonności Polaków do ubezpieczania się.

Zagrożeniem dla rynku jest także relatywnie niski poziom zamożności oraz niezadowalający stan wiedzy Polaków o ubezpieczeniach. Powoduje to, że nadal niezagospodarowane pozostają ogromne nisze rynkowe, jak ubezpieczenia zdrowotne czy finansowe. - Sprawia to, że powiększanie portfela przez jeden zakład dokonuje się kosztem portfeli jego konkurentów. Sprzyja to dumpingowi, który niszczy słabsze kapitałowo zakłady, rujnuje firmy brokerskie i agencyjne, skutecznie dezintegruje środowisko ubezpieczeniowe - twierdzi Romuald Holly, szef Krajowego Instytutu Ubezpieczeń.