Wyniki finansowe spółek związanych z amerykańskimi giełdami są - delikatnie mówiąc - kiepskie. Roczne obroty w porównaniu z 2001 rokiem spadły o ponad 25%, do 284 miliardów dolarów. W 2001 roku wyniosły one 383,7 mld USD, a w rekordowym 2000 roku - 499,3 mld USD.
Zyski domów maklerskich i banków inwestycyjnych w USA mają wynieść w mijającym roku zaledwie 20,7 miliarda dolarów. To o dwie trzecie mniej niż w rekordowym 2000 roku. Spadły także o 13,3% dochody spółek z emisji akcji na rynku pierwotnym.
Rynek niedźwiedzia odbił się także na wynagrodzeniach pracowników firm związanych z Wall Street. Premie będą o jedną trzecią mniejsze niż w roku ubiegłym, a całość zarobków spadła o jedną piątą. Po latach technologicznej hossy pozostało więc jedynie wspomnienie.
Oprócz słabych wyników finansowych, istnieją także inne powody, aby wspominać miniony rok na Wall Street jako koszmar. Ucieczka inwestorów z giełdy spowodowała, że z banków inwestycyjnych musiały odejść tysiące pracowników. Amerykańskie Bureau of Labor Statistics szacuje, że na Wall Street pracuje obecnie 708,3 tys. osób. W porównaniu ze szczytowym zatrudnieniem z kwietnia 2001 oznacza to redukcję o 10%.
Domami maklerskimi wstrząsnęła również afera związana z konfliktem interesów analityków, którzy w latach internetowej hossy z premedytacją rekomendowali bezwartościowe akcje, aby podkręcić zyski działów inwestycyjnych swoich firm. Afera będzie kosztować łącznie kilkanaście największych banków inwestycyjnych ponad półtora miliarda dolarów w ciągu najbliższych pięciu lat.