Polski parkiet miał być w mijającym roku czarnym koniem europejskich giełd. Zbliżające się wielkimi krokami wejście do Unii Europejskiej i efekt konwergencji z tym związany, możliwości coraz większych funduszy emerytalnych oraz spodziewane ożywienie gospodarcze... wszystko to miało zapewnić wzrosty przecenionych giełdowych indeksów. Niestety, czarną mamy jedynie kolejną świeczkę na rocznym wykresie indeksu, a zamiast konia podupadające chabety, jak zwykło się nazywać polską giełdę i gospodarkę.

Oczywiście można się pocieszać, że "kiedyś będzie lepiej", albo że niemieccy inwestorzy muszą przełknąć kolejną gorzką pigułkę rocznego spadku indeksu aż o 44%. Tylko że to jedynie próżne szukanie pocieszenia i nadziei. Fundamentów pod trwałe wzrosty nie ma i coraz więcej argumentów zarówno ze sfery ekonomii, jak i światowej polityki, pokazuje, że nieprędko przyjdzie mi pod koniec grudnia pisać o roku hossy. Taki (na pewno!) kiedyś nadejdzie, ale od momentu w którym to nastąpi, ważniejszy chyba jest poziom, z którego się zacznie. Jednak nad rozstrzygnięciem tego dylematu dyskutowałbym dopiero po ponownym przetestowaniu ostatnich dołków przez światowe indeksy. W przyszłym roku raczej nie uda się uniknąć tego przykrego obowiązku, a ewentualny efekt stycznia odwlecze tylko ostatnią wyprzedaż bessy.

To wzrośnie czy spadnie? Każda ze stron znajdzie argument dla siebie. Z jednej strony bowiem, patrząc na giełdową historię prawdopodobieństwo czterech spadkowych lat z rzędu jest bardzo niskie. Ale równie dobrze można patrzeć tylko na kolejny rok, a wtedy mamy aż 50% szansy, że znowu spadnie. Ja pozostaję długoterminowym pesymistą - do ewentualnej zmiany trendu przy testowaniu minimów amerykańskich indeksów i szybkiego rozwiązaniu problemu Iraku.