Kwota, jaką FGŚP wypłacił z tytułu zaległych pensji i innych zobowiązań wobec pracowników, sięgnie w całym roku ok. 500 mln zł. Fundusz nie dysponuje jeszcze pełnymi danymi. Na koniec listopada ub.r. było to 486,5 mln zł.
- Wystarczy jeden przypadek, taki jak Stoczni Szczecińskiej, żeby spowodować duże zaległości. Małych firm upada znacznie więcej, ale nawet kilkaset takich bankructw nie kosztuje aż tyle - mówi Waldemar Kruk, wicedyrektor biura funduszu. Pensje niewypłacone przez najmniejsze przedsiębiorstwa kosztowały FGŚP ok. 21,5 mln zł.
Według Jeremiego Mordasewicza, eksperta Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, długi dużych przedsiębiorstw to m.in. efekt złej kondycji całego sektora publicznych firm. - To mogłoby się pokrywać z sygnałami z banków, które twierdzą, że małe prywatne firmy są bardziej sumiennymi płatnikami wszelkich zobowiązań, niż ich duzi konkurenci - mówi J. Mordasewicz.
Zdaniem Waldemara Kruka, największym problemem mogą być restrukturyzowane sektory, czyli hutnictwo i górnictwo. - To bomba z opóźnionym zapłonem, która w końcu wybuchnie - mówi wicedyrektor funduszu. Już teraz kopalnie i huty stwarzają problemy. Są zadłużone w funduszu na ok. 100 mln zł. To pieniądze, które FGŚP wypłacił firmom z powodu ich "przejściowych" problemów z płynnością. Od ub.r. środki mogą trafiać tylko do pracowników bankrutów.
- W listopadzie należności zostały rozłożone na raty. Ustaliliśmy, że jeśli któraś z firm nie zapłaci trzech rat z rzędu, wówczas będziemy kierować sprawę do sądu - mówi wicedyrektor Kruk. Przyznaje jednak, że takich przypadków jak Stocznia Szczecińska w tym roku raczej nie będzie.