We wczorajszym PARKIECIE znalazło się omówienie treści prezentacji, którą w ramach organizowanych przez DM BOŚ od maja zeszłego roku spotkań z klientami biura miałem przyjemność prowadzić w ostatni wtorek. Korzystając z tego miejsca chciałbym doprecyzować istotny wątek przebiegu bieżącego cyklu koniunkturalnego w gospodarce, który nie znalazł się w tym omówieniu. Analizując fluktuację koniunktury gospodarczej w naszym kraju i na świecie w latach 90., widać wyraźnie wyodrębniony 3-letni cykl. Niezależnie od tego, czy będziemy oglądać amerykański wskaźnik ISM (d. NAPM), czy też niemiecki IFO, produkcję przemysłową w Polsce, czy w Niemczech, zobaczymy to samo: trzy szczyty aktywności gospodarczej w sektorze przemysłowym (1994, 1997, 2000 r.) oraz trzy tej aktywności minima, których kulminacją były kryzysy w gospodarkach peryferyjnych (1995, 1998, 2001 r.). W starych, dobrych czasach, kiedy ekonomiści zajmowali się jeszcze takimi głupstwami, jak przebieg naturalnego cyklu Kitchena.

To właśnie przebieg tego globalnego cyklu tłumaczy, dlaczego na krajowym rynku akcji szczyty kolejnych "rynków byka" wypadały regularnie co trzy lata (w III' 94, II' 97, III' 2000). Dna kolejnych spadków towarzyszących spowolnieniu gospodarczemu wypadały w latach 1992, 1995, 1998 i 2001. Z perspektywy czasu można ocenić, że ci analitycy i ekonomiści, który oczekiwali ożywienia gospodarczego począwszy od I kwartału 2002 r. mieli rację. Jednakże globalną cechą charakterystyczną tego ożywienia jest jego wyjątkowa - w porównaniu z trzema poprzednimi - słabość, której echem jest bardzo marna skala cyklicznego wzrostu cen akcji. WIG po szesnastu miesiącach wzrostu zyskał zaledwie 30%. Jeśli obecny cykl nie jest "opóźniony" (jak wydaje się sądzić większość ekonomistów), lecz po prostu bardzo słaby, to faza cyklicznego osłabienia rozpocznie się w tym roku i będzie bardzo głęboka, a jej kulminacja wypadnie na przełomie 2004 i 2005 roku.