Reklama

Hokus-pokus

Publikacja: 18.01.2003 09:42

Czwartek przyniósł informację, która ucieszy amatorów manipulowania statystyką finansów państwa. Oto, jak podała agencja ISB, Unia Europejska zgodziła się wstępnie, by fundusze emerytalne były traktowane jako element finansów publicznych.

Dyskusja na ten temat toczyła się od jakiegoś czasu, ale informacja ta nieprzyjemnie mnie zaskoczyła. Bowiem interpretowanie aktywów prywatnych funduszy emerytalnych jako element finansów publicznych uważam za niebezpieczne. Poza groźbą statystycznego hokus-pokus i papierowego zmniejszania wielkości deficytu państwa, oznacza to bowiem relatywizację pojęcia dyscypliny gospodarowania wspólną kasą. Przeczy to także - w moim odczuciu - logice obliczania wielkości zadłużenia. Obligacje Skarbu Państwa kupione przez fundusze emerytalne nie będą traktowane jako dług publiczny - wyjaśniała bowiem dalej ta sama agencja ISB.

No to niezły czad. Nagle z rachunków zadłużenia wyparuje ileś tam kasy, którą budżet winny jest uczestnikom funduszy emerytalnych (bo kupili oni - poprzez OFE - sekurytyzowany, zamieniony na papier, dług państwa). Piękna sprawa, tylko śliska. Ja jednak proponuję takie może prymitywne, ale bezczelnie logiczne rozumowanie. Umówmy się, że dług to coś takiego, co się pożycza, ale co trzeba oddać, niestety. Może to być sól sąsiadki, auto szefa, parę patyków od kumpla lub sto tysięcy z banku. Zawsze wiąże się to z jakimś kosztem. Aha, w skrajnym przypadku niebezpieczny dług może stanowić żona kolegi, z tą jednak różnicą, że akurat ten przedmiot pożyczki może nie chcieć wrócić do właściciela (dług jest wówczas umarzany, co potocznie nazywa się rozwodem). Dobra, ale z powrotem do sprawy OFE. No dobrze, więc mamy sobie dług, który zaciąga państwo przez emisję obligacji czy bonów skarbowych. Ludzie i instytucje kupują ten dług (papiery). Jakoś nie mogę pojąć, dlaczego nagle ma się okazać, że papiery w portfelach funduszy (a więc ich uczestników) długiem owym nie są. Bo przecież to, że macherzy od statystyki zaliczą PRYWATNE fundusze do sektora finansów publicznych, nie zmienia faktu, że pieniądze trzeba kiedyś oddać (wykupując obligacje i bony), a same fundusze - są - do licha - instytucjami prywatnymi.

Jasne, zaraz się na mnie posypią gromy, że się tu rzucam, a przecież tacy światli ekonomiści, statystycy i filozofowie ekonomii pracują nad arcyskomplikowaną metodologią liczenia długu i nic mi do tego. A guzik. Wiele mi do tego, bo mowa o moich pieniądzach. Nie chcę, by statystykę cherlawego państwa w sposób mętny łatano i poprawiano przez zaliczanie pasujących komuś klocków "in plus". Pozostanę przy swoich starych przekonaniach. Budżet ma być równoważony. Dług publiczny redukowany. Nie przez statystyczne hokus-pokus, tylko przez ograniczanie wydatków. Poza tym, to nie państwo, tylko dobrze zarządzane i dysponujące świadomym swojej własności akcjonariatem firmy prywatne winny być czołowym emitentem na rynku papierów dłużnych. Machanie magiczną pałeczką nad kociołkiem z publiczną kasą bardzo mnie martwi. Żeby to samo nie stało się ze słynną, zapowiadaną tzw. reformą finansów publicznych. Bo zabiegi statystyczne byłyby niczym innym, jak zwykłym zamiataniem śmieci pod dywan.

Powyższy tekst jest WYŁĄCZNIE wyrazem osobistej wiedzy i poglądów autora i nie może być inaczej interpretowany. Nie można go także w żaden sposób łączyć z pełnioną przez autora funkcją.

Reklama
Reklama

Umówmy się, że dług to coś

takiego, co się pożycza, ale co trzeba oddać

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama