Łącznie instytucje finansowe z Wall Street, wśród których są tacy potentaci, jak Goldman Sachs czy Merrill Lynch, przeznaczyły w 2002 r. na wynagrodzenia 7,9 mld USD, wobec 12,6 mld USD rok wcześniej - wyliczył Alan Hevsi, zajmujący się badaniem rynku pracy w Nowym Jorku. Średnia premia dla pracownika wyniosła 48,5 tys. USD, podczas gdy w okresie najlepszej koniunktury, w 2000 r., kwota ta sięgała 104,6 tys. USD. Trzeba jednak zauważyć, że same tylko premie na Wall Street są wciąż wyższe od średniego rocznego uposażenia przeciętnego mieszkańca Nowego Jorku.
Redukcje premii dotykają też ścisłego kierownictwa firm. Członkowie zarządu i najlepsi bankowcy mający długi staż pracy mogli w ub.r. liczyć na premię w granicach 250-350 tys. USD. Tymczasem jeszcze dwa lata temu z tego tytułu otrzymywali od 1,5 do 1,75 mln USD. Alan Hevsi podkreśla, że po raz pierwszy od załamania na rynku w 1980 r. premie na Wall Street spadają dwa lata z rzędu.
Cięcia płac na Wall Street nie mogą dziwić, zważywszy że bessa trwająca od 2 lat na rynkach znacznie ograniczyła wpływy lokalnych potentatów bankowości inwestycyjnej z obsługi fuzji i przejęć, gwarantowania emisji papierów wartościowych czy obsługi maklerskiej klientów. Tak długiego okresu spadku zysków instytucje te nie notowały od 12 lat. Efektem dekoniunktury były też duże redukcje zatrudnienia. W ciągu dwóch lat pracę w finansowej dzielnicy Nowego Jorku straciło aż 68,8 tys. osób.
Warto podkreślić, że mniejsze wynagrodzenia w dzielnicy finansowej oznaczają też mniejsze wpływy do budżetu, zarówno stanowego, jak i miejskiego. W Nowym Jorku średni podatek dochodowy spadł w okresie od kwietnia do października 2002 r. o 15%. Alan Hevsi wylicza, że spadek premii na Wall Street spowoduje, że do budżetu USA wpłynie o 300 mln USD mniej niż rok wcześniej, a do budżetu Nowego Jorku o 110 mln USD mniej. - Stan finansów Nowego Jorku jest w bardzo dużym stopniu uzależniony od dochodów Wall Street. Gdy tam się gorzej dzieje, wówczas traci na tym całe miasto - konkluduje A. Hevsi.