Dyrektor generalny Merrill Lynch Stanley O`Neal, który objął stanowisko w grudniu ub.r., otrzymał w 2002 r. w akcjach premię w wysokości 5,4 mln USD, wobec 8,2 mln USD przeznaczonych dla dyrektora generalnego w 2001 r. - podała komisja papierów wartościowych i giełd (SEC). Identyczną premię otrzymał też prezes nowojorskiego banku David Komansky, który rok wcześniej mógł się cieszyć z kwoty prawie dwukrotnie wyższej - 10,3 mln USD.

Merrill Lynch zdecydował się na znaczne ograniczenie dodatkowych wynagrodzeń dla dwóch najważniejszych osób w firmie, w związku z gorszą sytuacją finansową. W ub.r. przychody potentata z Wall Street wyniosły 18,6 mld USD i były o 15% niższe niż w 2001 r. Wprawdzie - według wstępnych szacunków - zysk firmy zwiększył się nieznacznie do ok. 2,6 mld USD, ale było to przede wszystkim efektem redukcji kosztów, która polegała m.in. na zwolnieniu 6,5 tys. pracowników.

- Sytuacja w Merrill Lynch jest bardzo dobrym barometrem nastrojów na Wall Street. Drastyczne cięcia premii dla zarządu sugerują, że ten rok będzie też bardzo słaby dla bankowości inwestycyjnej - powiedział Bloombergowi Brian Foley, który prowadzi w Nowym Jorku firmę White Plains, zajmującą się m.in. badaniem wynagrodzeń w finansowej dzielnicy miasta.

W ubiegłym miesiącu Alan Hevsi, monitorujący w nowojorskim ratuszu poziom wynagrodzeń w mieście, poinformował, że banki inwestycyjne z Wall Street obniżyły w ub.r. premie dla pracowników średnio o 37%. Łączna ich wartość wyniosła 7,9 mld USD. Przeciętna osoba zatrudniona w dzielnicy finansowej otrzymała premię w wysokości 48,5 tys. USD. W szczycie hossy w 2000 r. kwota ta przekraczała 104 tys. USD. Według ostatnich szacunków, dodatkowe wynagrodzenie w akcjach, bo taką postać mają najczęściej premie dla pracowników, stanowią aż 95% łącznych środków, które domy maklerskie z Wall Street przeznaczają dla zatrudnionych osób. Popularne w lepszych czasach premie pieniężne tracą na znaczeniu, choć David Komansky otrzymał dodatkowo w ub.r. 1 mln USD w gotówce.