Reklama

Brytyjczycy zagłosują za euro

Z Denisem MacShane, brytyjskim ministrem ds. europejskich, rozmawia Michał P. Garapich

Publikacja: 27.02.2003 08:46

Sondaże wskazują na to, że Brytyjczycy nie podzielają pańskiego entuzjazmu do euro. Tylko jakieś 30% obywateli chce wspólnej waluty. Czy to nie niepokoi ministra ds. europejskich?

Tak naprawdę nie da się dokładnie zmierzyć tego poparcia. Badania opinii publicznej w Wielkiej Brytanii często pokazują krytyczny stosunek obywateli do Brukseli, wrogość do Europy, ale w ciągu ostatnich 20 lat, kiedy dochodziło do wyborów powszechnych, społeczeństwo zawsze silnie odrzucało partie antyeuropejskie. Najlepszym przykładem były ostatnie i przedostatnie wybory. Konserwatyści byli dosyć wrogo nastawieni do euro i Europy. W rezultacie ponieśli klęskę. 20 lat temu to z kolei Partia Pracy postrzegana była jako antyeuropejska, więc Brytyjczycy masowo poparli Margaret Thatcher - prawdopodobnie najbardziej proeuropejskiego przywódcę, jakiego Wielka Brytania kiedykolwiek miała.

Nie martwi się więc Pan o wyniki przyszłego referendum?

Jestem w miarę spokojny. Brytyjczycy nie będą głosować wbrew swoim własnym interesom, i jeśli ekonomiczne argumenty będą przekonywające, z pewnością zagłosują na "tak" dla euro.

W takim razie, dlaczego Wielka Brytania jeszcze nie jest w strefie euro?

Reklama
Reklama

Sprawa jest prosta. Po pierwsze, Wielka Brytania pod rządami konserwatystów nie poczyniła żadnych przygotowań do przejścia na wspólną walutę. Tymczasem np. francuski frank i niemiecka marka były w pewien sposób połączone przez 20 lat. Po traktacie z Maastricht torysi odmówili rozpoczęcia prac przygotowawczych, tak więc, kiedy wprowadzono euro, byliśmy absolutnie nieprzygotowani. Po drugie, rząd Tony'ego Blaira chce, aby nowa waluta odniosła sukces, aby - tak jak dolar - euro stało się walutą stabilną. To nie jest tak, że mamy jakieś obiekcje do euro natury politycznej czy konstytucyjnej. Po trzecie, ponieważ wolimy podejść do zagadnienia empirycznie i z dużą dozą pragmatyzmu, chcemy się upewnić co do ekonomicznych konsekwecji tego wydarzenia. Dlatego przeprowadzamy właśnie najbardziej rygorystyczną analizę warunków ekonomicznych, dotyczących zmiany waluty, jaka kiedykolwiek została przeprowadzona w historii. Za kilka miesięcy zostanie dzięki temu opublikowana prawdziwa "Encyclopaedia Britannica" ekonomicznych analiz dotyczących tego zagadnienia. Pozwoli to Brytyjczykom wyważyć argumenty za i przeciw.

A co po publikacji wyników tych analiz?

Będzimy musieli podjąć polityczną decyzję odnośnie do przeprowadzenia referendum. Kiedy zaś podejmiemy taką decyzję, będziemy musieli zrobić wszystko, żeby to referendum wygrać. Przegranie go byłoby szkodliwym ciosem dla całej Europy, nie tylko Wielkiej Brytanii. Zapewniam, że rząd brytyjski jest za wstąpieniem do wspólnej strefy walutowej. Jeśli warunki ekonomiczne zostaną spełnione, będzimy mieli referendum. Wygramy je, a Wielka Brytania wejdzie do strefy euro.

A Polska? Powinna wchodzić do strefy euro?

Nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Jest to jednak decyzja, jaką muszą podjąć sami Polacy, więc ja jako brytyjski minister do spraw Europy komentować tego nie będę. Oczywiście, najpierw musicie odpowiednio dostosować gospodarkę, by unia walutowa była możliwa.

Jakie są największe korzyści ze wspólnej waluty?

Reklama
Reklama

Główną korzyścią wynikającą z euro jest przejrzystość cenowa na terenie całej Europy oraz fakt, że ludzie znają prawdziwą wartość swojego pieniądza. Znając cenę filiżanki kawy w Hiszpanii, Włoszech czy Francji, jestem w stanie dokonać lepszego ekonomicznego wyboru jako pojedynczy konsument. Oczywiście, unia monetarna wymaga ustalania wspólnych stóp procentowych, ale każdy kraj, lub nawet regiony w obrębie jednego kraju, mógł adaptować swój lokalny system ekonomiczny tak, jak mu to pasuje. Na przykład, w USA obserwuje się znaczące różnice w systemach podatkowych pomiędzy stanami: różne reguły rynku zatrudnienia, różne poziomy interwencji ekonomicznej. Podobnie w Europie - wspólna waluta powinna pobudzić ekonomiczną innowacyjność, fiskalność i kreatywność.Dziękuję za rozmowę.

Minister polskiego pochodzenia

Denis MacShane urodził się w 1948 r. Jego ojciec Jan Matyjaszek był polskim emigrantem, po II wojnie osiadłym w Wielkiej Brytanii, matka Irlandką. MacShane studiował w Merton College w Oxfordzie. Obronił pracę doktorską z zakresu stosunków międzynarodowych na University of London. Karierę zawodową rozpoczął jako dziennikarz w BBC, zajmując się produkcją programów telewizyjnych i radiowych. Zaangażowanie w działalność związków zawodowych zapewniło mu z czasem funkcję prezesa Narodowego Związku Dziennikarzy. Po odejściu z BBC utrzymywał bliskie relacje ze związkami zawodowymi, co w 1980 r. zaowocowało objęciem funkcji dyrektora politycznego Międzynarodowej Federacji Związków Hutników z siedzibą w Genewie. W 1994 r. wybrany został do parlamentu brytyjskiego z ramienia Partii Pracy. W latach 1997-1999 pracował jako doradca obecnego sekretarza stanu ds. obrony Geoffa Hoona. Po zwycięskich dla labourzystów wyborach w 1997 r. w Foreign Office objął funkcję ministra odpowiedzialnego kolejno za rejony Europy Płd., Bałkanów, Bliskiego Wschodu oraz Ameryki Środkowej i Płd. 28 października 2002 r. Denis MacShane zastąpił Petera Haina na stanowisku ministra ds. europejskich. Żonaty z Nathalie Pham, z którą ma pięcioro dzieci.

Znany z ciętego języka i komentarzy. Regularnie publikuje artykuły w "The Guardian".

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama