W USA działa około 6 tys. funduszy inwestycyjnych, lokujących środki w akcje. Ich zysk jest z reguły pochodną wartości posiadanych aktywów. Liczba funduszy powoli się zmniejsza, gdyż trudne warunki na rynku wymusiły konieczność fuzji, zwłaszcza w przypadku jednostek inwestujących w akcje sektora technologii. Spadek zysków spowodował także ograniczenie wydatków na reklamę i promocję tej popularnej formy inwestycji.
Wraz z obniżką giełdowych indeksów oraz ucieczką inwestorów wycofujących swój kapitał, wzrosły relatywnie koszty prowadzenia działalności przez wielkie grupy funduszy. W ubiegłym roku aktywa podmiotów inwestujących w akcje zmniejszyły się o 20,6%, do 2,7 bln USD. Także w styczniu br. - miesiącu, w którym tradycyjnie fundusze obserwują napływ kapitału - tym razem odnotowano spadek o miliard dolarów.
Ucieczka z giełd musiała się odbić na wynikach finansowych. Największa na rynku rodzina funduszy - Fidelity Investments - odnotowała w 2002 r. spadek zysków o 39%, do 808 mln USD, przy spadku wartości aktywów o 12,4%. Podobne problemy przeżywają także inne wielkie spółki inwestycyjne.
Zdaniem analityków, prędzej czy później fundusze zostaną zmuszone do zwiększenia opłat. Dziś średnia prowizja za obrót kapitałem wynosi w przypadku jednostek lokujących w akcje 1,5% rocznie. Coraz więcej funduszy wprowadza także mechanizmy finansowe, zabezpieczające przed przedwczesną ucieczką inwestorów.
Innym sposobem ograniczania kosztów własnych jest zwiększanie wysokości minimalnych depozytów. Granicą opłacalności jest z reguły lokata w granicach 15 tys. USD. W tej chwili zwykły fundusz akcyjny wymaga od indywidualnych inwestorów wykupienia jednostek uczestnictwa za minimum 2500 USD. Już wkrótce standardem stanie się 5 tys. USD. W szczycie technologicznej hossy wiele rodzin funduszy chętnie otwierało rachunki przy minimalnej inwestycji w wysokości 1000 USD.