Z rana kontrakty przetrawić musiały koalicyjne zgrzyty, ale rolę rynkowej gwiazdy szybko przejął Grzegorz Kołodko. Uśpiło to rynek aż do zakończenia konferencji prasowej. Inwestorzy podziwiali zdolności ministra, który chyba jako jedyny na świecie potrafi zwiększać obciążenia fiskalne, obniżając podatki (patrz ulgi), lub też dla "zachęty oszczędzania i akumulowania" kapitału wprowadzać kolejny podatek obciążający najbiedniejszych. Aby nie narazić się na karcące sprostowanie, spieszę wyjaśnić, że chodzi o giełdowy podatek, który (posługując się propagandową retoryką ministra) dotknie przecież także emerytów.

Bardziej pasjonujące wydaje się widmo sporu z NBP o wykorzystanie rezerwy rewaluacyjnej. Łakomy polityczny tort 27 mld zł może wywołać kolejne mocne zgrzyty z bankiem centralnym. Wydaje się więc, że po ogranych już obniżkach stóp procentowych, politycy znaleźli kolejne alibi dla budżetowej dziury. Warto zauważyć, że nikt nie potrafi na razie wskazać technicznego sposobu ewentualnego przekazania części tego pustego pieniądza do budżetu. Rząd mógłby wprawdzie kupować dewizy w NBP, ale po pierwsze, zobowiązał się niedawno do zupełnie czegoś innego, a po drugie wątpię, by minister zrezygnował z jakże pasjonującej rozgrywki - MF kontra walutowi spekulanci (nie mógłby straszyć kupnem dewiz). Będzie ciekawie.

Ciekawie też zrobiło się na wykresie kontraktów. Nadrabiając ostatnią utratę korelacji z rynkiem amerykańskim (tam indeksy są 4-5% nad lutowymi dołkami) oddaliliśmy się kolejne 11 pkt. od 1067 pkt. Pozwoliło to zamknąć lukę bessy na kontraktach i zaatakować linię tegorocznego trendu spadkowego. Prawdopodobne przejście tego oporu i zamknięcie analogicznej luki na indeksie będzie wyraźnym potwierdzeniem przynajmniej przerwy w spadkach.