Z niepokojem przyglądam się ciągowi dalszemu przedłużającego się ponad wszelką miarę procesu wyboru metod modernizacji naszego wojska. Za dużo tu sloganów, propagandy, rządowo-politycznego marketingu, a za mało faktów. Twardych faktów. Twardych jak pancerze czołgów czy duraluminiowe płatowce samolotów, które funkcjonują bardziej w mediach niż w bazach. A z papierowego wojska mały pożytek. Zarówno dla obronności, jak i dla gospodarki.
Parafrazując przedwojenny, niestety, pusty slogan można powiedzieć, że na razie wydaje się, że jesteśmy (bez) silni, (ro) zwarci i (nie) gotowi. To dobrze, że jesteśmy w NATO. Warto jednak przypomnieć, że kilkadziesiąt lat temu też mieliśmy umowy sojusznicze. A to tylko początek analogii, bo tym, którzy nie wiedzą, warto uświadomić, że i wtedy realizowaliśmy i planowaliśmy program modernizacji wojska. I była to szansa także dla naszego przemysłu.
Towarzyszący obecnie negocjowanym kontraktom zbrojeniowym offset nie jest żadnym cudownym środkiem na ożywienie gospodarcze - przestrzegałem wcześniej. Ale może być bardzo sensownym sposobem na wsparcie projektów przemysłowych. Fatalnie więc się dzieje, że swoje interesy chcą załatwić przy okazji firmy oferujące nieudane projekty o kilkudziesięcioletniej historii. Fatalnie dzieje się, że na tak fundamentalnych przetargach cieniem kładzie się fama i pogłoski o ich nieprawidłowościach, ułomnościach czy wręcz dyskwalifikujących wadach. Może wyjdę na naiwniaka, ale w głowie mi się nie mieści, by odpowiednie służby nie były w stanie zapewnić całkowitej przejrzystości takich postępowań.
Błędy popełnione przed wojną (zbyt późne zlecenia zakupów sprzętu, niewykorzystane dostawy przy jednoczesnym eksporcie własnego sprzętu) powinny być przestrogą nie tylko dla naszych strategów wojskowych. Przypominają bowiem także historię niesnasek polityczno-gospodarczych, czego przykładem było "polityczne" zrujnowanie jednej z wytwórni lotniczych. Zadęcie propagandowe było wielkie, zapał patriotyczny zapewne nieporównywalnie większy niż dziś, zaangażowanie społeczne - autentyczne, tyle że skutki - tragiczne. Warto pamiętać o tym zarówno w kontekście militarnym, jak i gospodarczym. Bo nauka w Polsce idzie zwykle w las. I nie wraca.
Silni, zwarci, gotowi... Tak, niestety, nie było kilkadziesiąt lat temu. Jak jest teraz? Cóż, obserwując proces przezbrajania polskiego wojska i towarzyszące temu targi gospodarcze można mieć duże wątpliwości. Czy historia niczego nie uczy polskich decydentów? Czy nie zdają sobie sprawy z tego, o czym decydują? Slogany o przetargach stuleci, kontraktach wieków, dziejowych szansach nie zastąpią profesjonalizmu i rzetelności. A tego wydaje się rozpaczliwie brakować. Pomyślcie o tym Państwo, gdy zobaczycie kolejną buńczuczną relację z wizyty któregoś z dygnitarzy w sojuszniczej bazie. Oręża, bezpieczeństwa i gospodarczych korzyści od tych wizyt bynajmniej nie przybywa...