Analiza sporządzona przez Bloomberg News wykazała, że 50 dyrektorów generalnych amerykańskich spółek giełdowych jest członkami trzech lub więcej zarządów innych przedsiębiorstw. Ponadto uczestniczą oni w pracach komitetów, decydujących o wynagrodzeniach w 90 firmach.
Poza dyrektorami generalnymi w zarządach licznie reprezentowani są byli politycy, wybitni naukowcy oraz inne znane osobistości. Zatrudnia się je, aby podnieść prestiż firmy, a także ze względu na ich rozległe kontakty. Umiejętności i doświadczenie odgrywają tu drugorzędną rolę. Według analizy Bloomberg News, tego rodzaju prestiżowe stanowiska istnieją w 144 amerykańskich przedsiębiorstwach.
Szczególnie chętnie wykorzystywał swą pozycję były przywódca większości w Senacie USA George Mitchell, który w 2001 r. zasiadał w dziesięciu zarządach. Niemal dorównywał mu pod tym względem doradca prezydenta Billa Clintona Vernon Jordan, zajmujący dziewięć tego rodzaju stanowisk. Były senator Sam Nunn był członkiem zarządów sześciu spółek.
Niektórzy dyrektorzy zasiadają aż w 10 zarządach. Mają też inne powiązania ze spółkami, których działalność powinni nadzorować. Na przykład wszystkie przedsiębiorstwa zatrudniające Sama Nunna korzystały z usług firmy prawniczej King & Spalding, której dawny polityk był współwłaścicielem.
Dyrektorzy zajmujący tak liczne stanowiska twierdzą, że nabyte doświadczenie jest korzystne dla firm, w których pracują. Innego zdania są inwestorzy, którzy zarzucają zarządom małą dbałość o wyniki przedsiębiorstw oraz interesy akcjonariuszy. Dyrektorów spółek stawiają w jednym rzędzie z analitykami giełdowymi, audytorami oraz osobami nadzorującymi rynek finansowy, czyniąc ich współodpowiedzialnymi za straty poniesione podczas trwającego trzy lata spadku cen akcji.