Gdy na światowe rynki wkrada się tak duża zmienność, inwestorzy coraz mocniej naciskają na analityków, by wskazali im kierunek następnego ruchu. Problem jednak polega na tym, że im rynki bardziej rozchwiane, tym pytanie "wzrośnie czy spadnie?" staje się coraz trudniejsze, szczególnie gdy odpowiedź ma dotyczyć najbliższych sesji.
Na szczęście alibi na uciekanie od prognoz dał we wtorek sam Greenspan. Wojenny kurz na tyle ograniczył przejrzystość gospodarki, że nawet Fed nie jest w stanie określić nastawienia w polityce pieniężnej, nie wiedząc, czy większym zagrożeniem jest inflacja, czy też spowolnienie wzrostu. Chyba tylko przez grzeczność Greenspan nie chciał straszyć wyznawców Keynesa i nie wspomniał o stagflacji. Zresztą i tak teraz przeszłoby to bez echa, bo w obecnej wojennej euforii inwestorzy poddają się jedynie emocjom.
Co do wcześniejszych oczekiwań, to mój ostatni giełdowy optymizm dotknął niemal wszystkiego... oprócz GPW. Zarządzający funduszami wybrali u nas strategię "strusia" i chowając głowę w piasek nie poddają się ogólnoświatowemu szaleństwu. Można trochę narzekać i patrzeć na innych z zazdrością, ale tak naprawdę to chyba jest to najrozsądniejsze rozwiązanie w czasie irackiej burzy. Także w najbliższych dniach inwestycją mniej ryzykowną od GPW pozostanie kupon lotto. Tam przynajmniej znamy dzień, godzinę, a nawet przebieg losowania. W przypadku wojny jest zupełnie odwrotnie. Nie wiemy, kiedy dokładnie się zacznie, jak będzie przebiegać, ale za to wszyscy znamy wynik. Pewną wskazówką co do czasu trwania konfliktu mogą być kontrakty na usunięcie Saddama. Do końca marca prawdopodobieństwo zmian reżimu wynosi tylko 60%, w kwietniu zaś rośnie już do 90%.