Wczorajsza sesja to wzorcowy pokaz słabości rynku. Większość europejskich parkietów rosła ponad 1%, podgrzewana wynikami amerykańskich banków. Większość nie oznacza wszystkie, a tym niechlubnym wyjątkiem był właśnie nasz i węgierski parkiet. Najprawdopodobniej któryś z zagranicznych funduszy "sprzedawał fakty" po sobotnim referendum, dochodząc do wniosku, że niemal wszystkie wydarzenia zostały już zdyskontowane i nie za bardzo jest teraz pod co ciągnąć rynek. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że mizerne zyski spółek same z siebie nie pozwalają na wzrosty. Potrzeba albo wydarzeń związanych z akcesją do Unii Europejskiej, albo pomocy zachodnich indeksów.

Jeśli chodzi o UE to my możemy zagrać pod to najwcześniej dopiero na miesiąc, przed samym referendum. Jeśli zaś chodzi o rynki zagraniczne, to te też zapewne nie będą nas teraz wyciągać, gdyż trwający sezon wyników obnaży przewartościowanie większości spółek. Pozostaje oczywiście pytanie, czy inwestorzy w USA będą patrzyli na obecną wartość, czy też będą woleli słuchać marzeń prezesów o nadchodzącym ożywieniu? Choć nadzieja ta powtarzana jest co kwartał niemal od pierwszej fazy bessy, to wydaje się, że tym razem będzie ona akurat słuszna. Musi nastąpić jakieś powojenne ożywienie w amerykańskiej gospodarce i jeśli indeksy w Stanach przeżyją sezon wyników bez większych strat, to będą mogłyby w maju atakować nawet grudniowe szczyty. Niemal idealnie zbiegłoby się to w czasie z podgrzewaniem naszego rynku przed czerwcowym referendum. Co więc robić? Mimo wczorajszego wprost fatalnego zachowania rynku nie dramatyzowałbym z prognozami testu tegorocznych minimów, gdyż w kolejnych tygodniach czekać nas powinien jeszcze jeden wzrost. Niestety prawdopodobnie na dłuższy czas już ostatni.