Tak, tak moje dziatki. Może tego nie pamiętacie, ale kiedyś były sobie takie święta wielkanocne, nad którymi, niczym gradowa chmura, zawisło widmo giełdowego kataklizmu. A był to pamiętny dla nas, dinozaurów tego pięknego rynku, rok 1994. Oto w marcu owego roku nastąpiło apogeum absurdu - przy braku podaży nowych papierów i przy szaleńczej eksplozji chciwości, ceny polskich akcji sięgnęły poziomów księżycowych. Nagła zmiana "sentymentu" rynku spowodowała, że miejsce euforii zajęła totalna panika. I to właśnie wówczas, jakieś dziewięć lat temu, szef giełdy apelował do inwestorów, by wykorzystali czas świąt na przemyślenie własnych decyzji. Trochę tam pomyśleli, ale tak naprawdę sytuacja była bez wyjścia. Rynek był zwyczajnie przewartościowany. I nie dało się tego zmienić zaklęciami. Mimo koszmarnych okoliczności, poczucia humoru nie brakowało. Interwencyjne uwolnienie widełek notowań sprowokowało wielu z nas do składania absurdalnych, jak nam się wtedy wydawało, zleceń. Dla hecy zgłaszało się wówczas kupno np. Universalu czy Elektrimu na poziomie np. o 80 procent niższym od wyjściowego. Wtedy było to strasznie zabawne. Gdybyśmy mogli sobie wyobrazić, że za dziewięć lat te papiery będą jeszcze tańsze albo w ogóle ich nie będzie...
Te okolice świąt wielkanocnych roku 1994 to był wielce pouczający czas. Czas weryfikacji naiwnych przekonań, ale dla niektórych - np. dla mnie - czas wyborów tego, co się naprawdę chce w życiu robić. I mimo że być może właśnie całemu temu sztormowi zawdzięczam własną obsesję giełdową, to nie mogę wyrzucić z pamięci scen naprawdę dramatycznych. Pamiętam np. smutną twarz koleżanki, która, zupełnie załamana, płakała na schodkach wówczas jednego z kultowych POK-ów na krakowskim Małym Rynku (w którym wcześniej, w siermiężnych czasach PRL-u, mieścił się równie kultowy, co pustawy sklep fotograficzny...). Pamiętam też rozpacz tych, którzy przy P/E w okolicach 30-40 kupowali akcje za kredyty brane pod zastaw własnych mieszkań. I pamiętam płonne nadzieje tych, którzy uważali się za twardzieli i cwaniaczków (w tym niżej podpisanego). I kupowali papiery na spadku. Spadku, który wydawał się nieprawdopodobną okazją, gdyż szybka przecena sięgała np. 30 procent. O święta naiwności. Trend is your friend - jak mówią technicy. W tym wypadku trend stał się śmiertelnym wrogiem, a gra przeciw walącemu się w przepaść rynkowi - okrutną pułapką. Żeby Państwo nie mieli wątpliwości - jakkolwiek marzec i kwiecień 1994 przeżyłem bardzo dzielnie i sprytnie, tak moje przekonanie o własnej pomysłowości legło w gruzach już pół roku później. Pół roku po krachu. Święcie przekonany o rychłym odbiciu cen kupowałem jak głupi przecenione na maksa papiery. Spodziewanego odbicia nie zdążyłem doczekać.
Ze smutkiem konstatuję jednak, że atmosfera giełdy, jaka była w tych szalonych pierwszych latach, nigdy nie wróciła. Wielka szkoda. Ci, którzy tego nie doświadczyli - niech żałują. A tak w ogóle, to wesołych świąt! Mimo wszystko...
Powyższy tekst jest WYŁĄCZNIE wyrazem osobistej wiedzy i poglądów autora. Nie może więc być inaczej interpretowany.