Z każdym dniem przybywa faktów świadczących, że rozpoczęte 12 marca br. odbicie na rynku amerykańskim, właśnie się kończy. Co prawda, dwóm z trzech głównych indeksów, udało się w ostatni wtorek pokonać silne opory, jakie wyznaczały maksima z pierwszego dnia wojny w Iraku (1425 pkt w przypadku Nasdaq Composite i 895 pkt dla S&P500), co otwiera tym indeksom drogę ku szczytom z końca listopada ubiegłego roku. Jednak po tym, z jak dużą ostrożnością reagują w ostatnich dniach giełdy, na bądź co bądź, lepsze od oczekiwań wyniki spółek, można wnioskować, że koniec korekty jest już bliski. W związku z tym wątpię, żeby strona popytowa zdołała przetestować listopadowe szczyty. Zwłaszcza, że w miarę jak spada oddziaływanie wyników kwartalnych, uwaga inwestorów powinna przesuwać się w stronę danych makroekonomicznych. A te akurat nie nastrajają optymistycznie. Z lektury, opublikowanej w środę Beżowej Księgi, jasno wynika, że Fed w dalszym ciągu nie dostrzega ożywienia w amerykańskiej gospodarce. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że liczba nowozarejestrowanych bezrobotnych tydzień w tydzień przekracza oczekiwania analityków (wczoraj 455 tys. wobec prognozowanych 425 tys.).
Utrzymująca się fatalna sytuacja na rynku pracy, powinna znaleźć odzwierciedlenie w publikowanym w piątek przez Uniwersytet Michigan indeksie nastrojów. Rynek oczekuje wzrostu z 77,6 do 84,2 pkt. Mając jednak na uwadze brak ożywienia w gospodarce, rosnące bezrobocie i słabą reakcję giełd zarówno na zakończenie wojny w Iraku, jaki i na relatywnie dobre wyniki spółek w pierwszym kwartale, należy wątpić czy wskaźnik ten zdoła przekroczyć poziom 80 pkt. A to mogłoby ostatecznie dobić byki. Definitywnie kończąc korektę zarówno w USA, jak i w Europie. Pierwszym sygnałem zwiastującym jej koniec będzie zakrycie długich białych świec wyrysowanych w ostatni wtorek. Jednak do sprzedaży zachęci dopiero zejście poniżej wsparcia, jakie na wykresach trzech głównych indeksów, tworzy dołek z 31 marca br. Jego przełamanie otworzy drogę do marcowych minimów.