Wczorajsza sesja raz jeszcze pokazała, że obecny okres nie sprzyja aktywności polskich inwestorów. Prawdziwy handel wróci na GPW dopiero po majowym długim weekendzie, a do tego czasu będziemy tańczyć tak, jak zagrają nam zachodnie giełdy, wykonując niekiedy jedynie takie szybkie zrywy jak na początku wczorajszej sesji. Jednak zapału starcza zaledwie na parę minut.

Około 10:00 tuż po publikacji ignorowanego w ostatnich miesiącach niemieckiego wskaźnika Ifo rozpoczęło się w Eurolandzie łapanie dołków na wyprzedanym rynku. Być może łapanie to było związane ze wsparciem na Dax (2820 pkt.). Przeniosło się to oczywiście także na nasz parkiet, wywołując pierwszą falę wzrostową. Jej kontynuacja to już zasługa obrotu na rynku kasowym, który na początek sesji zrobił na inwestorach spore wrażenie i dawał nadzieje, że nasz rynek w końcu się obudził. Tylko w pierwszym kwadransie obroty na akcjach z WIG20 osiągnęły 18 mln, a po drugim 24 mln, przy w miarę równym rozkładzie aktywności na poszczególne spółki. Ostatni taki skok obrotów w pierwszej części sesji mieliśmy 7 kwietnia, po pamiętnej luce na wybiciu z konsolidacji.

Jednak z dużej chmury mały deszcz - reszta sesji to konsolidacja w obszarze 4 pkt., przy obrotach ledwo co przekraczających na całej sesji 100 mln. Dalej tkwimy w trendzie bocznym (od końca stycznia wokół jednego poziomu) i wydaje się, że w tym tygodniu nie ma co się szarpać z rynkiem. Takie sesje jak wczorajsza nie dają wiarygodnego obrazu rozkładu rynkowych sił i do końca tygodnia zapewne niewiele ulegnie zmianie. Dopiero po majówce wahania zwiększą publikowane wyniki spółek i rozgrywka przed czerwcowym referendum. Pytanie tylko czy nasze fundusze zdążą z takim ewentualnym podgrzaniem rynku przed majowym szczytem na rynkach amerykańskich?