Aż się prosi by po tytule dzisiejszego komentarza wstawić emotikonę oznaczającą smutek. Szanse na wykreowanie naprawdę stabilnego i trwałego trendu wzrostowego były największe od października ubiegłego roku. Ostatni tydzień definitywnie rozwiał nadzieje byków.

Dwa tygodnie temu indeks WIG20 wyłamał się w dół ze wzrostowego kanału trendowego, w którym poruszał się przez półtora miesiąca. W konsekwencji nieudanaej próby powrotu do jego środka, przełamana została przyspieszona linia trendu łącząca dołki z 5 marca i 1 kwietnia. W poniedziałek mieliśmy do czynienia z atakiem popytu, ale indeks ponad opisaną linię już nie wrócił. Zniżka odbywa się przy malejącym wolumenie, co jednak wielkim pocieszeniem być nie może. Wygląd podstawowych oscylatorów nie napawa optymizmem - MACD prawdopodobnie spadnie poniżej poziomu równowagi, podobnie jak to uczynił wcześniej Ultimate. Wiele wskaźników przełamało linie trendów wzrostowych, a obecna ich zwyżka traktowana powinna być jako ruch powrotny.

Konsekwencją wyłamania się z kanału powinien być spadek wartości indeksu o co najmniej 50 pkt., co by wiązało się ze zniżką do poziomu około 1075 pkt. Ledwo 10 pkt. niżej znajduje się tegoroczne dno indeksu, co dodatkowo wzmacnia wymowę tego obszaru jako potencjalnego wsparcia. Warto jeszcze zauważyć, że poniedziałkowe otwarcie (i w zasadzie minimum sesji) wypadło na 62-proc. zniesieniu marcowej zwyżki, co jest pewną nadzieją byków. W kontekście zachowania giełd zachodnich 3-proc. zniżka indeksu wydaje się nieuzasadniona, jednak pamiętać należy, że w ostatnim czasie rodzimi inwestorzy w zasadzie przestali reagować na pozytywne informacje z Zachodu. Warto dodać, że w jednym z ostatnich sondaży Parkietu liczba przekonanych o tym, ze indeks spadnie poniżej poziomu 1000 pkt. była mniej więcej równa liczbie zwolenników teorii dokładnie przeciwnej. To kwintesencja spolaryzowania nastrojów inwestorów i potwierdzenie, że w krótkim terminie rynek stał się nieprzewidywalny.