Ostatnio można obejrzeć dość nietypowe reakcje rynku. Weźmy na przykład poniedziałkową sesję w USA, gdy inwestorzy doszli do wniosku, że osłabienie dolara jest korzystne dla gospodarki i pomoże w jej ożywieniu. Jakże przedziwny to argument za wzrostem, niech świadczy tylko fakt, że przez ostatnie miesiące zupełnie odwrotne teorie głosiła większość amerykańskich ekonomistów, a rynek niemal każdego tygodnia przywoływał obawy o negatywny wpływ słabnącej waluty. Co zmieniło się teraz, gdy euro jest względem dolara na nowych szczytach? Poza teorią ekonomii nic, i można tylko szyderczo pozazdrościć elastyczności intelektu giełdowych inwestorów, bo reszta świata w kwestii amerykańskiego ożywienia wydaje się prezentować zupełnie inne zdanie (co właśnie widać w osłabieniu amerykańskiej waluty, czyli rzekomo coraz bardziej atrakcyjnej gospodarce - sic), zresztą podobnie jak notowane przy szczytach amerykańskie obligacje. Wydaje się więc, że inwestorzy kupują już akcje jedynie z powodu trwania trendów wzrostowych, a z obszaru 945-965 S&P500 rozpocznie spadek przynajmniej do 900 pkt. O dalszych losach indeksu zadecydują już dane makro.
Na nasze kontrakty, niestety, na razie przełożenie ma to znikome. Polacy nie gęsi i swój język mają, więc nie będziemy naśladować światowych trendów. Zresztą to chyba zbyt wygórowane oczekiwania, bo trudno mówić o naśladowaniu zachodnich indeksów, gdy nawet na wyniki polskich spółek reakcja rynku nie do końca jest logiczna. W połowie wczorajszej sesji rosły wszystkie spółki, które rozczarowały analityków przedstawionym przed sesją wynikiem, a po bardzo dobrym kwartale PKN, oglądaliśmy mocną "wyprzedaż faktów". Trudno teraz o inną rekomendację niż "wytrzymaj", z dopiskiem... do czasu spekulacyjnego ataku popytu w związku z UE.