James Quigley, który objął wczoraj stanowisko dyrektora generalnego amerykańskiej firmy audytorskiej Deloitte & Touche, uważa, że nieudana próba sprzedaży działalności doradczej może stać się atutem. Obecnie nowy szef spółki nie zamierza się pozbywać tego segmentu działalności, tak jak zrobili to inni czołowi audytorzy - KPMG, Ernst & Young i PricewaterhouseCoopers. Powodem ich decyzji były zarzuty dotyczące konfliktu interesów między działalnością doradczą i audytorską. Burzę wywołało w 2001 r. bankructwo Enrona, który był w obu dziedzinach klientem firmy Arthur Andersen.

James Quigley zamierza jednak podejść do tego problemu w inny sposób. Chce, by Deloitte & Touche świadczyła usługi konsultingowe tym klientom, którzy nie zlecają jej kontroli rachunkowości. Zapewni to bowiem niezależność audytorów.

Obecnie Deloitte sporządza audyt w 275 z 1200 amerykańskich przedsiębiorstw o rocznych obrotach przekraczających 2 mld USD. Wśród nich jest 36 spółek, które korzystają jednocześnie z jej usług doradczych. J. Quigley nie widzi powodu, dlaczego nie miałyby ich zastąpić inne firmy z grona 925 czołowych przedsiębiorstw.

Utrzymanie działalności doradczej uważa za bardzo ważne ze względu na jej większą opłacalność od usług audytorskich. Nowy dyrektor Deloitte & Touche podkreśla przy tym, że dwutorowość podnosi kwalifikacje personelu, gdyż pozwala spojrzeć kompleksowo na wiele skomplikowanych zagadnień. To zaś prowadzi do poprawy jakości usług w obu dziedzinach i ułatwia pozyskanie wartościowych klientów.

Argumenty wysuwane przez J. Quigleya nie trafiają do przekonania wszystkich znawców tego problemu. Nie brakuje opinii, że jego koncepcja jest ryzykowna i sprzeczna z interesami inwestorów.