A z wieloma tymi narzekaniami i porównaniami trudno mi się zgodzić. Z braku miejsca odniosę się tylko do kilku stwierdzeń.
Zacznijmy od przewijającego się wielokrotnie wątku, że jedną z głównych przyczyn obecnej mizerii naszej giełdy jest przeregulowanie polskiego rynku kapitałowego. Ta teza mogła być słuszna kilka lat temu, tyle że akurat wtedy nie stanowiła przeszkody w rozwoju rynku - przecież okres największej prosperity i wielkiej hossy przypadał na lata, w których stopień restrykcyjności był rzeczywiście bardzo wysoki. Od tamtej pory następuje systematyczna deregulacja, która jakoś nie chce ulec przełożeniu na wzrost obrotów. Więc chyba jednak nie to jest przyczyną.
Argumentem pokrewnym są rzekomo wysokie koszty emitentów, związane z bytnością na giełdzie. Celowo piszę o "bytności", a nie tylko o wejściu na giełdę, ponieważ przy porównaniach z innymi rynkami często pomija się koszty, jakie emitenci ponoszą na utrzymanie spółki na giełdzie. Gdy uwzględnimy całość kosztów, to okazuje się, że polska giełda wcale nie jest taka droga dla emitentów, natomiast znacznie gorzej to porównanie wypada, gdy spojrzymy na koszty ponoszone przez domy maklerskie i inwestorów. Może więc przyczyną nie są koszty wejścia na giełdę, ale brak płynności spowodowany stosunkowo wysokimi opłatami transakcyjnymi?
Pozostańmy jeszcze przy procedurze wejścia do obrotu. Autor narzeka na zbyt wysokie wymagania wobec prospektu emisyjnego, zarzucając, że nadmiernie wzorujemy się na bardzo rygorystycznych regulacjach amerykańskich. Z tą tezą też nie mogę się zgodzić, bowiem już co najmniej od kilku lat wymagania prospektowe i informacyjne są systematycznie dostosowywane do dyrektyw Unii Europejskiej. Natomiast ulegając emitentom, Rada Ministrów drastycznie obniżyła wymagania dotyczące nakładu prospektu w formie drukowanej, pod warunkiem udostępnienia wersji elektronicznej. Teraz prospekt jest dostępny na stronie internetowej emitenta, tyle że zwykle jest opatrzony klauzulą, że emitenta wiążą jedynie informacje zawarte w wersji drukowanej. A ta jest w większości przypadków całkowicie niedostępna dla zwykłego śmiertelnika. W efekcie coraz częściej zdarza się, że akcje wprowadzane do publicznego obrotu kupuje się w ciemno, bez żadnej gwarancji, że informacje dotyczące spółki są prawdziwe.
Może więc problem polega na tym, że nikt nie chce kupować kota w worku? Jeżeli jeszcze do tego dodamy wypowiedzi decydentów, że na giełdzie nie inwestują uczciwi emeryci, a tylko spekulanci (podtekst jest wyraźny, skoro przeciwstawia się ich "uczciwym" emerytom)? Jeżeli wysocy przedstawiciele prokuratury twierdzą, że przestępstw giełdowych nie warto ścigać, bo ci, co stracili, sami są sobie winni, więc społeczna szkodliwość tego zjawiska jest "znikoma"?